Solidarność to znaczy razem

Internowanie w Iławie

Ponury, choć obszerny, zorganizowany w dawnych pruskich koszarach kryminał w Iławie pojawił się w mojej Solidarnościowej karierze tyleż nagle, co przypadkowo. Nie byłem członkiem Komisji Krajowej, a więc zwykle nie jeździłem na posiedzenia. Akurat w przeddzień stanu wojennego przyjechałem do Gdańska, gdyż na posiedzeniu Komisji Krajowej miałem referować kwestie związane z samorządem gminnym.

Pełniłem funkcję członka Prezydium Zarządu i kierownika Ośrodka Prac Społeczno - Zawodowych w Krakowie w regionie Małopolska. Z naszej właśnie inicjatywy rozpatrywano problem czy i w jaki sposób należy wpłynąć na władzę, aby odbyły się normalne - wolne i demokratyczne, co wtedy znaczyło przede wszystkim z otwartą listą kandydatów - wybory tak zwanych Rad Narodowych na szczeblu najniższym - gmin, miast i dzielnic największych miast. Mogło się wydawać, że jest to szansa wciągnięcia sił społecznych, jakie ujawniła Solidarność, do współrządzenia państwem na poziomie lokalnym, do współ-odpowiedzialności. W ten sposób mogłaby się rozpocząć reforma skrajnie scentralizowanego państwa.

Nie był to główny temat obrad Komisji Krajowej, referowaliśmy sprawę dość późno, chyba koło 10 wieczorem. Jednak władze PRL miały najwyraźniej inną koncepcję, co do przyszłości Polski a Solidarności zwłaszcza. W trakcie obrad Komisji Krajowej jeszcze przed północą zaczęły rozchodzić się wiadomości, że w niektórych biurach Solidarności nie działają telefony i teleksy, czyli dalekopisy. Nawiasem mówiąc, kto dziś pamięta, co to było? Około jedenastej przyszedł ksiądz Jankowski z informacją, że są aresztowania wśród gdańskich działaczy Ruchu Młodej Polski. Jednak posiedzenie Komisji Krajowej dobiegło do końca zgodnie z porządkiem obrad. Większość uczestników pojechała do hotelu spać, gdzie potem prawie wszyscy zostali aresztowani. My we trójkę - przewodniczący Regionu Małopolska Wacław Sikora, Wiceprzewodniczący Stefan Jurczak i ja postanowiliśmy wracać nocą do Krakowa, kierowca był gotów jechać, w hotelowym barze coś wypiłem i około północy próbowałem dodzwonić się do domu w Krakowie. Jednak okazało się to niemożliwe. W owych czasach niedziałające połączenia międzymiastowe nie były niczym nadzwyczajnym, ale razem z innymi okolicznościami był to raczej zły znak. Jednak mimo wszystko nie podjęliśmy żadnych szczególnych kroków, postanowiliśmy jechać. 

Po drodze była ostra zima, dużo śniegu i ... kolumna wojskowa na drodze. Jedna, druga. Stanęliśmy na chwilę, nie pamiętam czy po to, aby z karnistra dolać paliwa, czy w innej potrzebie. W każdym razie po chwili z Wackiem Sikorą wyskakiwaliśmy z samochodu, przestraszeni nie na żarty transporterem opancerzonym, który nadjechał z tyłu i nie zwalniał - miał trudności z zatrzymaniem się. Szczęśliwie skręcił w rów i tak zahamował w śniegu, a potem bez przeszkód pojechał dalej. My też mogliśmy jechać, ale niezbyt daleko. Na skrzyżowaniu drogi Gdańsk - Warszawa z obwodnicą Ostródy, stał silny patrol w mundurach drogówki, pod dowództwem oficera, który nas zatrzymał. Milicjanci poprosili o dokumenty i dłuższy czas wertowali grubą książeczkę, po czym nie zwracając dokumentów ani nam ani kierowcy kazali jechać za sobą na komisariat w Ostródzie.

Była chyba druga albo trzecia w nocy. Na komisariacie czekaliśmy w biurach pilnowani przez cywilów z MO lub SB, którzy na pytanie o podstawy zatrzymania odpowiadali, że nie mamy racji twierdząc, że ich nie ma lub skąd wiemy, że ich nie ma. O 6 rano puszczono nam w radiu (telewizorze - nie pamiętam) przemówienie Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Generał powiedział o powstaniu WRONy i napomknął o internowaniu działaczy Solidarności a także osób odpowiedzialnych za kryzys. Już później okazało się, że aresztowano lub internowano parę tysięcy ludzi Solidarności i ze trzydziestu byłych funkcjonariuszy partyjnych z Edwardem Gierkiem na czele. Nas w kryminałach, ich w wojskowym ośrodku wypoczynkowym.

Potem w jednej z sal komisariatu spotkaliśmy się w większej grupie. Okazało się, że dzielny patrol z Ostródy ujął - oprócz nas - kilkunastu innych osobników, podobnie jak my niebezpiecznych dla budowy socjalizmu. Ani na komisariacie ani potem już w Iławie przez długi czas nikt nie chciał nam pokazać jakichkolwiek dokumentów określających podstawy przetrzymywania nas w więzieniu. Wiele tygodni później czytaliśmy w decyzjach o internowaniu, że nasze „pozostawanie na wolności mogło przyczynić się do anarchizowania życia w Województwie Olsztyńskim”.

Nad ranem, już w niedzielę, do komisariatu ściągnięto personel administracyjny i słychać było jak sekretarki pracowicie wypisują jakieś papiery. SB-cy zmieniali się i czasami - nie bacząc na obecność wrażego elementu - wymieniali między sobą uwagi o trudnościach w skomunikowaniu się z Komendą Wojewódzką. W końcu, gdy na polu całkiem pojaśniało i zrobił się dzień, dostaliśmy herbatę, chleb i kiełbasę. Koło południa Profesor Geremek spoglądając w okno zauważył - Panowie, autokar Komisji Krajowej zajechał, spoglądając w kierunku samochodu - więziennej budy bez okien, która zaparkowała na ulicy przed komisariatem. Wkrótce członkowie Komisji Krajowej Solidarności i inni przypadkowo złapani wraz z nimi na szosie koło Ostródy wrogowie ustroju udali się w dalszą podróż już pod opieką straży więziennej. Tak trafiłem do Iławy.

Wysiadając z budy na otoczonym wysokim murem ciasnym podwórku przywitaliśmy nowe miejsce zamieszkania, przy czym nikt nie miał zielonego pojęcia na jak długu tu przyjechał i jak będzie traktowany. Bardziej doświadczeni rozglądali się czujnie czy wychodzimy prosto pod pałki i „ścieżkę zdrowia” czy nie. W tym sensie powitanie było dobre, bo potraktowano nas szorstko, ale bez bicia. Odebrano nam rzeczy i dokumenty osobiste, których ja i koledzy z Małopolski za wiele nie mieliśmy, bo naszemu kierowcy wraz z naszym bagażem kazano jechać do Krakowa bez nas, za to z naszymi rzeczami. Najciekawsze, że po ośmiu miesiącach, gdy wychodziłem z więzienia w Nowym Łupkowie w Bieszczadach, jakby nigdy nic oddano mi także legitymację służbową Małopolskiego Zarządu Regionu Solidarności. Ubrania mogliśmy zachować swoje, chociaż i tak trzeba było w tej sytuacji korzystać z więziennej bielizny. Po zaprowadzeniu do pawilonu zauważyliśmy, że sukcesywnie wyprowadzani są więźniowie kryminalni, których przeprowadzają i upychają z innymi na innych oddziałach, a nas pakują do cel po 12 osób. W pawilonach już byli internowani nocą działacze Solidarności z województwa olsztyńskiego, ciechanowskiego, elbląskiego i łomżyńskiego.

W mojej pierwszej celi stały cztery trójpoziomowe prycze, pomiędzy nimi stół i ławy, przy drzwiach sedes - szczęśliwie z możliwością spłukiwania - i umywalka z kranem z zimną i nienadającą się do picia bez przegotowania wodą, co w praktyce sprawdziliśmy na sobie, gdy ktoś kiedyś spróbował się tego napić. Kącik sanitarny nie był jakoś specjalnie odgrodzony od reszty pomieszczenia, jeżeli nie liczyć metrowego przepierzenia, toteż skutki kłopotów żołądkowych któregokolwiek z nas stawały się udziałem całej celi. Iława pod względem sanitarnym i warunków życia nie cieszyła się dobrą sławą, ale trzeba pamiętać, że były więzienia gorsze, z celami bez bieżącej wody, w których także przetrzymywano internowanych. W celi były też niewielkie szafki i półki oraz luźne miejsce na podłodze, na którym wszystkich 12 lokatorów mieściło się z trudem. Potem sytuacja zmieniała się i pod koniec było nas po kilku w celi, ale nie sądzę abyśmy kiedykolwiek doszli do owego pułapu 3 metry kwadratowe na więźnia, którym dziś cieszą się wszyscy więźniowie kryminalni. Okna były otwierane, ale zakratowane i w dodatku osłonięte blendami - matowym, zbrojonym szkłem, w dodatku nie zawsze tak ustawionym, aby do celi padało światło słoneczne. Stanąwszy odpowiednio - najlepiej na parapecie - można było w szczelinie pomiędzy blendą a ścianą zobaczyć kawałek więziennego wysokiego zwieńczonego plątaniną drutu kolczastego murowanego ogrodzenia, a z celi na piętrze nawet kawałek ulicy. Raz nawet udało mi się w poprzez kraty i tą szczelinę skrzyknąć się z żoną i teściową, gdy z jakiś powodów odmówiono im widzenia ze mną. Blendy udało się skasować po paru miesiącach, ale cele w Iławie pozostawały zamknięte cała dobę wyjątkowo długo, nawet wtedy, gdy w innych tak zwanych ośrodkach internowania, czyli więzieniach zdecydowano się na zamykanie cel tylko na noc, a w dzień więźniowie polityczni mogli swobodnie chodzić po swoim piętrze. To mało i dużo zarazem. Sytuacja, w której kilku ludzi jest skazanych na wyłącznie swoje towarzystwo cały czas z wyjątkiem kilku minut, gdy wydają jedzenie lub jest tak zwany spacer albo wyjście do łaźni nie jest miła i wymaga pewnej wytrzymałości psychicznej, o ile nie ma prowadzić do konfliktów. Jedzenie o jakości ponoć nieco lepszej niż przed Solidarnością, wydawane było do cel przez kalifaktorów - więźniów kryminalnych używanych do takich prac jak kuchnia, fryzjer, roznoszenie posiłków - na ogół zaufanych służby więziennej, w towarzystwie strażnika oddziałowego. Solidarność doprowadziła między innymi do poprawy wyżywienia w więzieniach - pojawił się na przykład biały chleb. Codziennie przez głośniki wyliczano, ile to kalorii dostajemy, co może było prawdą w kotle, ale nie w żołądkach. Część dań była niejadalna lub mało jadalna, toteż nieraz liczyliśmy, ile to kalorii dziś dostał nasz klozet. Pewnym rozwiązaniem było załatwienie sobie na jakiś czas z miejscowym lekarzem posiłków dietetycznych. Były kompletnie bez smaku za to czystsze. Potem, gdy po wizytach Międzynarodowego Czerwonego Krzyża wprowadzono pewne formy współdziałania z internowanymi - bo rzekomo cały czas nie byliśmy więźniami - koledzy oglądali kuchnie. Raczej oszczędnie relacjonowali sytuację, ale stwierdzili, że w kuchni dietetycznej jest na pewno zdecydowanie mniej karaluchów. Z czasem dzięki Kościołowi i rodzinom zaczęliśmy otrzymywać paczki żywnościowe. Równocześnie zdobywaliśmy umiejętności, wiedzę oraz w drodze wymiany herbaty i papierosów z więźniami kryminalnymi, którzy chodzili do pracy w warsztatach przywięziennych lub na zewnątrz, materiały umożliwiające skonstruowanie i przyłączenie do instalacji prymitywnych grzałek do parzenia herbaty i nocnych lampek, umożliwiających czytanie po zmroku. W celi nie było gniazdka, a lampa była wyłączana na noc i to dość wcześnie. Dla kogoś nawykłego do pracy lub czytania do późna wieczór, zasada gaszenia światła na noc - z zewnątrz przez strażnika - około ósmej wieczorem była dodatkową dokuczliwością.

Spacerów początkowo skąpiono nam, gdyż WRON obawiał się spisków nawet w więzieniach, toteż odbywaliśmy je w małych grupach, na małym spacerniku - czyli ogrodzonym placyku, wokół którego chodzi się w kółko jeden za drugim. W pierwszych tygodniach był zakaz rozmowy podczas spaceru, ale zmieniając kolejność można było mówiąc cicho do sąsiada nawiązać jakiś kontakt z kolegami z innych cel. Innymi wydarzeniami przerywającymi monotonię były - raz na tydzień - odwiedziny biblioteki, gdzie można było wypożyczyć książki wydane w latach sześćdziesiątych oraz - także raz na tydzień - wycieczka do łaźni, gdzie można było zażyć zbiorowo prysznica z rur u sufitu pozbawionych co prawda sitek, ale z ciepła wodą. Początkowo były to jedyne okazje do pogadania z innymi i zorientowania się, kto - poza własną celą - siedzi razem z nami, jeżeli nie liczyć krzyczenia przez otwarte okna do sąsiednich cel. Z sąsiadami dało się też rozmawiać korzystając z nieszczelności ścian w pobliżu rur kaloryferów, choć wymagało to na ogół leżenia na podłodze pod pryczą albo w innym średnio wygodnym miejscu. Po pewnym czasie pojawiły się tak zwane zajęcia świetlicowe. Najlepiej zapamiętałem możliwość obejrzenia dziennika telewizyjnego w którym jakiś ogłupiały Sędzia Sądu Najwyższego tłumaczył publiczności, że internowani mają dobrze i przebywają w wygodnych domach wczasowych. Jakby samego pozbawienia wolności było mało, więzienie ze swej natury obejmuje szereg dolegliwości, które spadły na nas i bez większego związku z regulaminem - teoretycznie odrębnym dla skazanych, tymczasowo aresztowanych i internowanych. W praktyce wiele zależało od tego jaki był typ zakładu karnego i nawyki naczelnika i strażników.

W Iławie dość wcześnie doszło do pobicia, wbrew nawet ówczesnym regułom użyto pałek w celi, a więc nie wobec jakichś uciekinierów czy buntowników. Kilku młodych ludzi miało czarne plecy, a my podjęliśmy głodówkę z żądaniem dopuszczenia kogoś z zewnątrz do więźniów i podjęcia śledztwa. Przybył Biskup Obłąk, wezwał do zaprzestania głodówki, a po jakimś czasie istotnie podjęto śledztwo. Pojawili się prokuratorzy wojskowi, przesłuchiwali pobitych i świadków. Nic z niego nie wyniknęło, ale jak się zdaje strażnicy trochę ostrożniej sięgali po pałki, choć pamiętam jak wartownicy ochrony spacerując po korytarzu wkładali pałki w wybite okienka judaszy i krzyczeli - no, powąchajcie, chcąc sprowokować jakiś incydent i znaleźć uzasadnienie do sprania kolejnych więźniów politycznych. Bicie w kryminale to co innego niż na ulicy - nie bardzo jest, jak się uchylić lub uciekać. Mniej dramatycznym, za to częściej praktykowanym sposobem upokarzania więźniów, stosowanym także do politycznych i internowanych, były rewizje w celach (w gwarze więziennej - kipisz, w języku biurokracji więziennej - przeszukanie) i przeszukania osobiste. W istocie chodziło o upokorzenie, a nie o jakieś dochodzenia czy bezpieczeństwo. Po rewizji cela wyglądała jak po huraganie, mało co leżało na swoim miejscu, wszelkie rzeczy były kompletnie wymieszane. Nie zmieniało to faktu, że gdy wprowadzaliśmy się do nowej celi, po więźniach kryminalnych, bez trudu znajdowaliśmy ukryte brzeszczoty (piła do metalu) czy żyletki, których ani im, ani nam nie wolno było mieć. Nie służyły one bynajmniej piłowaniu krat albo podcinaniu sobie żył - w więzieniu to cenny materiał do zrobienia grzałki. Na ogół udawało się też ratować bibułę, notatki, różne pamiątki jak chusty czy medale robione przez więźniów. Rewizja osobista polegała głównie na pokrzykiwaniu i rozkazach do zdejmowania butów itp. Po jakimś czasie wywalczono zasadę, że w celi może na czas rewizji zostać jeden lokator. Było to prawo obowiązujące w kraju, którego celem było zabezpieczenie przed minionymi praktykami bierutowskiej bezpieki, której funkcjonariusze przychodzili na rewizje, wyjmowali z kieszeni pistolet, a potem aresztowali mieszkańców domu za nielegalne posiadanie broni.

W pierwszym okresie stanu wojennego, kiedy propaganda komunistyczna huczała o znalezieniu w niektórych regionach Solidarności broni, a Pan poseł Przymanowski opowiadał banialuki o planach Solidarności mordowania dzieci działaczy partyjnych, podejrzenia z naszej strony, że ktoś coś może podłożyć w czasie rewizji były jak najbardziej na miejscu. Takich problemów na szczęście nie było, ale obecność więźnia osłabiała nieco zapał rewidujących. Nawiasem mówiąc dzisiaj wiadomo, że w biurach Solidarności po wprowadzeniu stanu wojennego nie znaleziono żadnej broni, nawet podłożonej i zarówno propaganda, jak i mowy służalczych posłów były kłamstwem w formie czystej, nieskażonym nawet promilem prawdy. Iławski styl rewidowania cel okazał pożyteczną nauką na przyszłość. Pamiętam jak pod koniec swojego internowania - już w Nowym Łupkowie - na drugim końcu Polski, w całkiem innych warunkach, przy otwartych nie tylko celach, ale i pawilonach, pięknym letnim południem wybuchła panika. Do więzienia, w którym panowały całkiem inne obyczaje niż w Iławie, w którym każdy miał sporo bibuły do czytania i różnych pamiątek wytwarzanych przez internowanych - o znamionach antypaństwowych w rozumieniu ówczesnej władzy, zajechała nagle na syrenach cała kolumna samochodów ze strażnikami z ościennych kryminałów, aby przeprowadzić porządną rewizję, o której tu już od dawna nikt nie słyszał. Zanim podzielono zadania i skierowano strażników do poszczególnych pawilonów było trochę czasu, zwłaszcza, że w Łupkowie można było chodzić po terenie obozu i było widać co się dzieje. W zaistniałej sytuacji chowaliśmy co się da sposobami z Iławy, ale zauważywszy, że klawisze nie za bardzo orientują się w topografii rozległego terenu i pawilonów, wybraliśmy inna taktykę. Większość zgodnie z regulaminem wyszła na korytarz, a my w kilku, w oparciu o doświadczenie wyniesione z Iławy, „urządziliśmy” cele w pawilonie wedle znanego nam scenariusza, po czym każdy zasiadł na ruinach w swojej celi jako ten który ma prawo zostać. Gdy wyznaczona brygada w końcu przyszła do naszego pawilonu, lekko zdziwiony dowódca spytał - to tu już byli inni? A co, nie widać? - odpowiadaliśmy. Zdaje się przesadziliśmy nieco jak na tamtejsze warunki, bo miejscowi strażnicy patrzyli potem na pobojowisko z dużym zdziwieniem i dystansowali się od tak brutalnych metod rewidowania cel. Koledzy mieli sporo pracy z porządkowaniem, ale nasz profesjonalizm został nagrodzony - w naszym pawilonie nic nie wpadło w ręce wroga.

W Iławie warunki socjalne poprawiały się powoli, ale zamknięcie cel trwało prawie do końca istnienia tego „Ośrodka Internowania” czyli do przełomu maja i czerwca. Kluczową rolę w przerwaniu izolacji wewnętrznej i zewnętrznej odegrał Kościół. Trzeba tu wspomnieć ks. Biskupa Olsztyńskiego Jana Obłąka, który odwiedził więzienie stosunkowo wcześnie, bodaj około Bożego Narodzenia oraz odprawiającego regularne niedzielne Msze Święte, proboszcza miejscowej parafii ks. Dziekana Lucjana Gellerta. Nabożeństwa, odwiedzenie przed świętami cel, były okazją do modlitwy, Komunii Świętej, odzyskania duchowej równowagi, a także możliwością usłyszenia innego języka niż ten, którym przemawiała reżymowa propaganda i więzienna biurokracja. Obaj duchowni wykazywali uprzejmy, ale stanowczy stosunek do służby więziennej. Biskup nie obawiał się otwarcie potępić pobicia naszych kolegów, choć generalnie uspokajał nastroje. Ksiądz Gellert potrafił doprowadzić do spotkania z naszymi kolegami, którzy pozostając na wolności współpracowali z Arcybiskupim Komitetem Pomocy w Krakowie i przyjechali do nas z Krakowa w dniu w którym nie było ani wizyt ani innej specjalnej okazji. 

Najbardziej dramatyczna wiadomością z zewnątrz były informacje o zabiciu strajkujących górników w Kopalni Wujek. Żal za ludźmi, którzy polegli w solidarności - przecież także z nami - gruntownie zmieniał myślenie i tworzył poczucie obowiązku trwania w oporze. Jednocześnie widać było powagę sytuacji, że to nie jest jakaś, co prawda z dodatkowymi szykanami dla ludzi, ale w gruncie rzeczy podobna do tych z lat siedemdziesiątych fala aresztowań przeciwników komunizmu. Że to jednak potężna akcja pacyfikacyjna, w której ofiary śmiertelne bynajmniej nie są wykluczone. Atmosferę podgrzewali miejscowi SB-cy, którzy na przesłuchaniach próbowali straszyć internowanych widmem egzekucji. Ludziom z wielkich ośrodków, w których opozycja istniała jeszcze przed Solidarnością, a sama Solidarność wybuchła jako masowy ruch, wydawało się to niepodobieństwem. Jednak warto pamiętać, że w województwach w których struktury Solidarności były słabsze, aresztowania dotykały często ludzi, którzy po prostu organizowali nowy związek zawodowy w swojej fabryce, pełnili funkcje w komisji zakładowej, nie byli aktywni politycznie i represje, które na nich spadły były nie tylko bezprawne, ale zupełnie nieproporcjonalne do skali ich politycznego zaangażowania. Gdy porównać to z Krakowem, gdzie aresztowano kierownictwo regionu i kliku większych zakładów pracy oraz osoby zaangażowane w opozycję jeszcze w czasach przed-solidarnościowych to widać jak głęboka była skala represji w mniejszych regionach. Jednak zaskoczenie skalą represji robiło swoje tylko w pierwszych daniach i tygodniach stanu wojennego. Obecność biskupa i księży w więzieniu oraz rozpoczęcie po dwu tygodniach widzeń z rodzinami, co prawda dawkowanych bardzo oszczędnie, powoli likwidowały stan izolacji i niewiedzy o tym co dzieje się na zewnątrz. Rychło okazało się, że nie jesteśmy zostawieni sami sobie, że WRON nie może zrobić co zechce w ukryciu, a nazwiska i liczba uwiezionych nie jest tajemnicą. Podejrzewa się, że reżym umyślnie zainspirował podanie w pierwszych dniach fałszywej wiadomości o przetrzymywaniu więźniów na stadionach na mrozie, po to, aby tryumfalnie obwieścić, że Wolna Europa kłamie, aby potem utrudnić obieg i zmniejszyć wiarygodność informacji. O ile więc w pierwszych tygodniach nawet rodziny nie wiedziały kto, gdzie jest, to po miesiącu także my zaczynaliśmy się orientować jaka jest rzeczywista skala represji, różnych szykan wobec nie tylko działaczy i członków Solidarności lub opozycji ale zwykłych ludzi w kraju. W końcu zaczęła też docierać bibuła - wydawane przez solidarnościowe podziemie pisma, a wraz z nimi wieści o ukonstytuowaniu się Tymczasowej Komisji Krajowej złożonej ze znanych liderów Solidarności którzy uniknęli aresztowania i ukrywają się w kraju, wydają oświadczenia publikowane w podziemnej prasie, wzywają do oporu i protestów. Dla mnie osobiście był w tej wojnie pocieszający moment, gdy napisany przeze mnie na bibułce artykuł, przemycony pomimo rewizji osobistej, której byliśmy poddawani przed i po widzeniu, na spotkanie z żoną i po kilku tygodniach czytałem w podziemnej Kronice Małopolskiej, którą w podziemiu wydawali moi koledzy z Krakowa, a którą udało się przemycić w drugą stronę. To było niewiele, ale było bardzo osobistym, na tle całokształtu wydarzeń przecież niewiele znaczącym świadectwem, że wojna nie jest przez nas całkiem przegrana, a opozycja przeciw reżymowi trwa. Skoro nie złamały jej pierwsze, naprawdę straszne dni po 13 grudnia, to trwać będzie długo i stanie się trwałym elementem krajobrazu politycznego. Nawet gdy komuniści nie oddadzą pola, to już nigdy nie będzie tak samo jak przed Solidarnością.

Kim byli internowani w Iławie? Nasza grupa wyłapana na drodze z Gdańska do Warszawy nie była pierwsza. Jak dowiedzieliśmy się potem, w nocy do więziennych piwnic zapakowano miejscowych działaczy Solidarności z okolicznych województw, aresztowanych natychmiast po zarządzeniu stanu wojennego. Po kilku dniach przywieziono sporą grupę aresztowaną w Stoczni Gdańskiej, po rozbiciu strajku jaki zorganizowano tam po wprowadzeniu stanu wojennego tudzież osoby wyłapane w pobliżu w czasie demonstracji na ulicy. Więzienie pękało w szwach. Potem dowieziono adwokata z Łomży, który broniąc w sądzie kogoś oskarżonego o naruszenie dekretów stanu wojennego zaczął tłumaczyć sadowi, że są one nielegalne. Siedziałem też z prokuratorem, który kiedyś dopuścił się „zbrodni” polegającej na skutecznym posadzeniu na ławie oskarżonych powiatowego sekretarza PZPR, który po pijanemu spowodował wypadek drogowy. Prokurator potem organizował Solidarność wśród pracowników wymiaru sprawiedliwości. Internowany był też sędzia z Olsztyna, internowany wbrew nawet ówczesnemu prawu, które gwarantowało sędziom immunitet. Jednak Komendant Wojewódzki MO i SB z Olsztyna tym się nie przejmował. Był też człowiek, który miał przydział mobilizacyjny do ZOMO - Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej, bijącego serca partii jak się wtedy mówiło, gdyż te właśnie oddziały były najczęściej wykorzystywane do bicie demonstrantów. Wezwany do Komisji Wojskowej, podał oficerowi książeczką wojskową z legitymacją lub ulotką Solidarności w środku, licząc, że dzięki temu nie wezmą go do tego „wojska”. Istotnie służby w ZOMO uniknął, za to zaraz w nocy pojechał z domu do więzienia w Iławie. Był też zawodowy milicjant, który organizował związek zawodowy funkcjonariuszy milicji. To były wyjątki, ale piszę o tym, gdyż dziś zbyt łatwo mówi się, że ludzie w sądach, prokuraturze i służbach nie mieli wyjścia. Jednak zdecydowaną większość internowanych stanowili pracownicy, robotnicy, rolnicy - społeczni działacze Solidarności i Solidarności Rolników Indywidualnych z okolicznych województw. Późniejszy już ogląd listy internowanych - nie tylko w Iławie - nasuwał przypuszczenie, że osoby do internowania wytypowano jeszcze wiosną, dominowali ludzie z Komitetów Założycielskich, a nie wybrani po zjazdach regionalnych i kongresie krajowym które odbywały się latem i jesienią.

Po kilku tygodniach zaczęto zwalniać z internowania, ale dopiero późną wiosną stało się jasne, że część ośrodków internowania ulega likwidacji i także Iława powraca do swej zwykłej roli - więzienia głównie dla młodocianych przestępców. Chociaż były i powroty - niektórzy zwolnieni wracali. Także ślady już nie tyle represji przeciw politycznym, ale zwykłych personalnych rozgrywek. Bo co powiedzieć o przewodniczącym Związku Młodzieży Socjalistycznej w jakimś zakładzie w Olsztynie przywiezionym do Iławy wraz z działaczem jak najbardziej legalnej Rady Pracowniczej, którzy z Solidarnością i opozycją nie mieli nic wspólnego? Wyglądało na to, że po prostu ktoś, kto ich nie lubił pijał wódkę z tak zwanym „opiekunem, zakładu” z ramienia SB, załatwił im te wczasy bynajmniej nie dlatego, że zagrażali ustrojowi, ale raczej jemu osobiście. Internowano też ludzi ze świata przestępczego i półświatka gospodarczego. Trzeba przyznać, że trzymano ich na tym samym oddziale, ale w innych celach, a oni sami zachowywali się względem nas przyzwoicie.

Czas pobyty w Iławie był dla mnie ważnym doświadczeniem. Poznałem różnych ludzi, z najrozmaitszych środowisk, którzy wytrzymali i znieśli tę próbę godnie. Nie mam pretensji do tych, którzy podpisali oświadczenie, że zachowają się zgodnie z prawem stanu wojennego i wyszli po dwu, trzech miesiącach. W końcu zdecydowana większość nie zgłaszała się no ochotnika na bohaterów - chciała coś uczciwie zrobić dla firmy, kolegów z pracy, regionu i Polski, gdy tylko powstała po temu szansa - w Solidarności. I za to trafili do komunistycznego więzienia. Mieli żony i dzieci i chcieli do nich wrócić. Jeżeli nikogo nie zdradzili to trudno mieć pretensje. Gdy pojawiła się po raz pierwszy delegacja Międzynarodowego Czerwonego Krzyża pracowałem jako tłumacz w rozmowach wielu internowanych z delegacją. Niektórzy prosili o pomoc w wyjeździe za granicę. WRON istotnie w pewnym momencie zaproponował możliwość opuszczenia Polski, co także w Iławie podano oficjalnie do wiadomości. Ten wybór budził kontrowersje, w niektórych środowiskach ludzie, którzy się na to zdecydowali byli mocno krytykowani. Osobiście oceniałbym każdego indywidualnie. Co innego w wielkim mieście, internowany pracujący na przykład w szkole wyższej, gdzie bez większych obaw ludzie solidaryzowali się. Na przykład mnie Rektor AGH natychmiast przywrócił do pracy z urlopu jaki wziąłem do pracy w związku, gdy tylko dowiedział się o aresztowaniu. Nie wiedziałem, kiedy, ale wiedziałem że po zakończeniu „wojny” po prostu wrócę do pracy, w której dla zdecydowanej większości ludzi moja postawa będzie nie tylko zrozumiała ale aprobowana. Tak się też stało. Niestety nie każdy mógł na to liczyć, toteż możliwość wyjazdu i skorzystanie z oferty pomocy ze strony krajów zachodnich była ryzykiem, ale naprzeciw kompletnej niepewności bytu w swojej dawnej firmie, a czasem w ogóle powrotu do zawodu. Jakkolwiek osobiście odrzucałem perspektywę podejmowania decyzji w więzieniu, gdzie łatwo człowieka nastraszyć i nim manipulować, to nie jestem skory do krytykowania, a tym bardziej potępiania tych którzy postąpili inaczej. W Iławie dotrwałem prawie do jej końca. Bodaj przedostatnim - przed całkowitą likwidacją - transportem w więziennej budzie bez okien odwieziono do Kielc kilkunastu internowanych: z małopolski, ale także innych, których miejscowa SB wolała mieć dalej od ich regionu zamieszkania. Tam funkcję „Ośrodka Internowania” pełnił areszt śledczy.

Po kilku tygodniach trafiliśmy do Nowego Łupkowa na południowej granicy, skąd 24 lipca wyszedłem na wolność. Zwiedziwszy trzy więzienia muszę powiedzieć, że Iława była po prostu najbardziej wrednym pod każdym względem. Ale surowe warunki oraz jednoznaczność sytuacji hartowały ludzi, postawy internowanych i ich poczucie godności. Stosunki pomiędzy nami kształtowały się dobrze, choć nie było o to łatwo. Niestety nie pamiętam wszystkich imion i nazwisk, ani nie mam dostępu do materiałów, aby je odtworzyć, choć na to zasługują. Ale współwięźniowie z Iławy stanowią część mojego życia i pamięć o tym czasie, o solidarności więźniów, rodzin, wsparciu Kościoła pozostaje mimo wszystko dobrym wspomnieniem.  

Tadeusz Syryjczyk

Wspomnienie zostało napisane wiosną 2006 roku z inicjatywy stowarzyszenia Pro Patria w Olsztynie, które w 2006 roku zorganizowało spotkanie byłych więźniów politycznych ZK w Iławie i wydało książkę zawierającą wspomnienia - między innymi poniższe.  

Poprosiliśmy kol. Tadeusza Syryjczyka o pis fotografii z Iławy:

... data - po kilku tygodniach (jestem bez krawata i marynarki,

już nie razem ze Stefanem [Jurczakiem] i Wackiem [Sikorą])

Chmielewski, Mikus, Syryjczyk, Szybalski

Z tyłu i wyżej stoi:

Bogusław Mikus (formalnie Jan Bogusław, ale wołaliśmy go Bogusław, był potem posłem) , Przewodniczący Regionu członek KK z Chełma. Trafił do Iławy chyba podobnie jak ja, Wacek Sikora i Stefan Jurczak - zatrzymany na drodze koło Ostródy. Potem był zakwalifikowany do bardziej niebezpiecznych i gdy likwidowano

Iławę nie odesłano go do rodzimego regionu ale do Kielc, a potem Nowego Łupkowa (skąd ja wyszedłem w lipcu) a on i małopolanie zaliczyli jeszcze Załęże.

Trochę w lewo od niego poniżej: Tadeusz Chmielewski - Przewodniczący ZR w Elblągu, członek KK, także pojechał

z nami aż do Łupkowa.

Potem kolejno w prawo: Tadeusz Syryjczyk - byłem wtedy 100% brunetem

Bogusław Szybalski - członek prezydium ZR w Elblągu, członek KK, także pojechał z nami aż do Łupkowa. Wedle mojej wiedzy już po moim wyjściu uciekł z Łupkowa nie przez szpital, ale „klasycznie” podcinając nocą siatkowy płot i oswajając uprzednio psa, który krążył nocą pomiędzy siatkami.

Ostatni z prawej - niestety pomimo przejrzenia bazy internowanych IPN nie

przypomniałem sobie nazwiska, to był miejscowy działacz (Elbląg albo Olsztyn), chyba wyszedł przed likwidacją Iławy.