Wspomnienie Stanisława Handzlika
Przejeżdżam niekiedy obok dawnej HiL i jakoś nie wzruszam się. Dla mnie huta była komuną w czystej postaci. Jej dyrektorem był Eugeniusz Pustówka, wysoko umocowany dygnitarz PZPR-u. Zarządzał największym zakładem pracy w Polsce, zatrudniającym blisko 40 tys. ludzi. Z tej liczby do partii należało około 10 tysięcy. Atmosfera w HiL była nacechowana nieufnością a między ludźmi nie istniało coś takiego, jak więzy koleżeńskie. Wszystko co się działo na wydziałach, każdy nieplanowany przestój czy awaria, były natychmiast badane przez wydziałowego opiekuna sb. Ten, w zależności od swojego widzimisię powiadamiał prokuraturę.
Dziś jest to zupełnie inny zakład. Plac noszący dotychczas bezduszną nazwę Centrum Administracyjnego, będzie już niebawem oznaczony imieniem Mieczysława Gila, nieżyjącego już lidera, jednego z założycieli nowohuckiej Solidarności. Ta zmiana przyczyni się z pewnością do bardziej życzliwego postrzegania tego miejsca.
Od ‘86 roku pracowałem na kluczowym stanowisku pierwszego operatora walcowni zgniatacz. Pamiętam, że moi partyjni współpracownicy poczytywali sobie za zaszczyt udział w marcowej akcji pałowania krakowskich studentów. Irytowały mnie te ich bezrefleksyjne przechwałki. Sympatyzowałem bowiem odkąd pamiętam z ludźmi o poglądach wolnościowych. Ciekawa rzecz, że mimo jawnie krytycznej postawy wobec poczynań aktywistów pzpr, byłem stale nagabywany, by wstąpić w ich szeregi.
Na mojej zmianie (D) pracował repatriant z Ukrainy - Wacek Bielecki. Jemu to wydziałowa pop powierzyła zadanie, by mnie zwerbować w szeregi partii. Robił to nachalnie i oczywiście bezskutecznie. Któregoś razu zagadał do mnie w wydziałowym wodopoju: (…) Staszek, do kościoła nie chodzisz, do partii nie należysz, to kto ty k….a jesteś?”. Zrozumiałem, że w jego dwubarwnym świecie nie było miejsca na coś pomiędzy…
Nagabywali mnie także młodzi ludzie z ZSMP, ale odpowiadałem, że „jeszcze nie spłynęła na mnie łaska wiary”. Kiedyś, gdy miałem już dość tego bełkotu, rzuciłem im na odczepnego: „moją partią jest wolność!”. Odtąd przylgnęła do mnie łatka anarchisty.
O strajkach na Wybrzeżu dowiedzieliśmy się z rozgłośni zachodnich. Była na walcowni zgniatacz grupa ludzi o bliskich mi poglądach. Niekiedy w szatni, po pracy, rozważaliśmy, jak zacząć strajk solidarnościowy z robotnikami Wybrzeża. Wiedzieliśmy, że gdy zatrzymamy produkcję na naszym wydziale, który był tym „środkowym” w całym ciągu produkcyjnym, to wskutek efektu domina staną sąsiednie wydziały walcownicze. Z drugiej strony, zdawaliśmy sobie sprawę z konsekwencji takiego czynu. Każdy bowiem nieplanowany postój walcowni skutkował natychmiast zainteresowaniem wydziałowego opiekuna sb. W tej sytuacji, nie było możliwe by ktoś z nas odważył się zapalić czerwone światło I rzucić w aparaturę głośnomówiącą ten oczekiwań komunikat: Panowie, stoimy! Popieramy stoczniowców!
Doszliśmy do wniosku, że jedynym sposobem na ogranie nadzoru organów, będzie wykorzystanie jakiegoś postoju technologicznego, bądź awaryjnego i brak przyzwolenia na wznowienie walcowania. Takie przyzwolenie sygnalizowano zapaleniem zielonego światła.
Pod koniec sierpnia miałem zaplanowany wyjazd do NRD, na zakupy ubranek dla naszej dwójki dzieci. W Polsce - jak wiadomo - nie było z czego wybierać. Podczas trzydniowego pobytu za granicą nocowałem u znajomych w Erfurcie i tam, w telewizji emitującej sygnał z RFN-u zobaczyłem, co się dzieje na polskim Wybrzeżu, ale i w kilku zakładach pracy, w tym także w HiL!
- O rany! Huta strajkuje, a mnie tam nie ma!
Gdy nazajutrz pojawiłem się w hucie, na zgniataczu było już posprzątane.
20 sierpnia faktycznie zastrajkowała walcownia zgniatacz, sygnalizując czerwonym światłem po jakimś postoju, nie ma gotowości na wznowienie walcowania. Strajk skończył się po trzech dobach, ale w protokole po strajkowym nie zapisano deklaracji poparcia dla stoczniowców. Odczytałem to jako wyraz zmęczenia i braku odwagi ludzi z komitetu strajkowego. Gdy wróciłem, słyszałem nieraz: „szkoda, że ciebie tu nie było”. Ale i tak nasz wydział w perspektywie huty spisał się nie najgorzej. Ten strajk zaowocował przynajmniej tym, że ludzie uczynili już ten pierwszy krok w pokonywaniu strachu. Tym bardziej, że nie było żadnych konsekwencji ze strony tzw. organów. Ponadto w całym kraju, nawet w partyjnych mediach wyczuwało się już świeży powiew wolności! Wszędzie zakładano nowe związki zawodowe, a w hucie w ostatnich dniach sierpnia powstała reprezentacja hutników do rozmów z dyrekcją.
Do tej pory zgniatacz nie miał łączności z innymi wydziałami - jedynie znaliśmy się z niektórymi ludźmi z „sąsiedztwa”. Dopiero pierwsze spotkanie, które odbyło się w świetlicy na walcowni zimnej pokazało, że jest dość duża grupa, która chce się zająć tworzeniem niezależnego związku zawodowego. To spotkanie było bardzo chaotyczne, gdyż nikt z nas nie miał doświadczenia w jakiejkolwiek działalności związkowej czy opozycyjnej, z wyjątkiem Edwarda Petlica, starszego walcownika, który działał w przedwojennym PPS. To on porządkował nasze dyskusje i wskazał, jak po chaotycznej wymianie poglądów, zmierzać do konkluzji.
Oczywiście w tych pierwszych dniach tworzenia nowego nszz, który dopiero jakiś czas później zaczął się wyróżniać nazwą „Solidarność” te poprzednie, reżimowe też przekształcały się w „niezależne i samorządne” toteż początkowo ludzie nie wiedzieli, do jakich mają się zapisywać. Pomogła w tym rozpowszechniana przez nas ulotka mówiąca, że to my jesteśmy nowym związkiem zawodowym, powstałym w Stoczni Gdańskiej z udziałem Lecha Wałęsy i zapisywali się do nas. Pod koniec roku było już nas w hucie około 36 tysięcy.
Na początku września grupa naszych reprezentantów zakończyła rozmowy z dyrekcją HiL w sprawie przysługujących związkowi pomieszczeń na biura, telefony itp. Rozpoczęliśmy tym samym regularną, statutową działalność. Wciąż jednak towarzyszyły nam nastroje nieufności i wzajemnej podejrzliwości. W miarę upływu czasu, dojrzeliśmy jednak w przekonaniu, że jesteśmy wszak organizacją działającą jawnie w oparciu o statut i jako legalny związek zawodowy nie mamy do ukrycia niczego, co mogłoby zostać użyte przeciwko nam.
Ja na szczęście związałem się z grupa otwartych, przytomnych ludzi, z którymi rozmawiałem podczas naszych spotkań zakładowych, ale i w drodze, po pracy. Schodząc z huty do miasta dyskutowaliśmy problemy wynikające z naszej codzienności. W ten sposób poznawaliśmy się lepiej. Część z nas połączyły wieloletnie więzy przyjaźni. Początkowo był w tej grupie Andrzej Marszycki - dzielny chłopak ze Stalowni Martenowskiej. Podczas jednego z takich pieszych spacerów powiedział coś, co wybrzmiało jak pożegnanie: chłopaki, ja bardzo chciałbym być nadal z wami i robić wszystko, żeby się nam powiodło. Cholernie żałuję, ale muszę was opuścić. Chcę, żebyście wiedzieli, że byłem w przeszłości karany, mam w papierach wyrok… nie chcę wam - już na starcie szkodzić.
Gdy to powiedział, wykrztusiłem z siebie w panice: - o rany, przecież i ja byłem karany!
Zdarzyło się to 15 lat temu, odbywałem wtedy służbę wojskową w marynarce wojennej. Jesienią, późnym wieczorem spacerowałem z kolegami. Zachowywaliśmy się dość głośno, wtedy podszedł do nas milicjant i zaczął nas na oślep pałować. Broniąc się, wywinąłem mu lufę. Niestety później mnie dopadli i postawili przed sądem. Dostałem tylko dwa lata w zawieszeniu, bo miałem zaświadczenie od lekarza i świadków wydarzenia, że byłem uderzany pałką po głowie i działałem w obronie własnej, a ponadto ten krewki gliniarz miał na swoim koncie szereg dyscyplinarnych wybryków. Na rozprawie był już cywilem. Mimo wszystko obawiałem się, że wyciągną mi, tę zatartą sprawę sprzed lat bo esbecja cały czas, przez okres tzw. karnawału, imała się różnych metod, żeby dezintegrować Solidarność, między innymi poprzez rzucanie fałszywych oskarżeń wobec działaczy związku. Pamiętam, jak pisali do mojej żony listy sygnowane imieniem życzliwej Ani w brzmieniu: „Nie widzi pani, że mąż coraz częściej przychodzi późno do domu, że przestaje zajmować się rodziną? To nie praca ani działalność związkowa jest tego przyczyną, prawda jest taka, że mąż panią zdradza”. Żona wyrzucała te listy, ale za którymś razem, gdy siedzieliśmy przy kolacji, czytała jeden z nich, patrząc mi w oczy… Oni siali zamęt i liczyli, że wywołają niepokój, wzajemne podejrzenia i postępującą dezintegrację. Czyli całkowite odwrócenie pojęcia solidarności. I tak posypie się nam związek.
Już w stanie wojennym, po moim aresztowaniu, bezpieka też wpadła na pomysł wysłania listu, lecz tym razem nie anonimu. List był pisany i sygnowany... moim charakterem pisma! Wzywałem w nim członków Solidarności do zaprzestania akcji protestacyjnych ze względu na przyjazd Papieża do kraju. Dali to pismo swojemu człowiekowi. Miał wytatuowane ręce, żeby robić wrażenie wypuszczonego z więzienia, który przemyca mój gryps. Zaniósł go do jednego z moich kolegów z hutniczej Solidarności i jeszcze bezczelnie zażądał za swoją usługę 500 zł. Kumpel zapłacił, przeczytał list, zaczął go analizować i tak mi później zrelacjonował: „kurczę, pismo niby twoje, podpis też jakby twój, ale język? - jakiś inny...”, W tekście znalazły się bowiem pojęcia i zwroty, których nigdy nie używałem w mowie i w piśmie. Kolega przytomnie schował list i nie nadał sprawie oczekiwanego biegu.
Najpierw mieliśmy w hucie dość krótki okres założycielski, w którym zapracowałem na pozytywną opinię kolegów. W styczniu ‘81 przeprowadziliśmy na zgniataczu wydziałowe wybory - wydział liczył wtedy około 1300 osób - wybrano mnie na przewodniczącego walcowni. 19 marca odbyły się wybory reprezentacji związkowej huty. Solidarność liczyła już 36 tys. członków. W tych wyborach na szczeblu ogólnozakładowym zostałem zgłoszony na przewodniczącego, ale lepszym ode mnie w ocenie delegatów okazał się Mietek Gil. Biorąc pod uwagę moją liczbę uzyskanych głosów, zaproponowano mi uczestnictwo w Prezydium (liczyło 7-8 osób). Objąłem tym samym funkcję wiceprzewodniczącego i odpowiadałem między innymi za sprawy kultury i informacji. Zorganizowaliśmy się bardzo szybko, co doceniali nawet nasi konkurenci.
W miarę upływu czasu narastał konflikt pomiędzy Solidarnością a władzami prl. Ludzie obawiali się, może nie tyle wprowadzenia stanu wyjątkowego, ale czegoś gorszego, na miarę Węgier w 1956 roku czy Czechosłowacji w 1968. Ta groźba wisiała cały czas nad nami jak ów przysłowiowy miecz. Końcem ‘81 roku, przekorni współobywatele poprawiali sobie samopoczucie rozpowszechnianiem przeróżnych żarcików. Pamiętam, że jeden z nich zapowiadał łagodną zimę, bo wschodnia granica jest uszczelniana kufajkami.
8 grudnia, na 5 dni przed wprowadzeniem stanu wojennego mieliśmy spotkanie z dyrekcją huty i ministrem hutnictwa Zbigniewem Szałajdą dotyczące realizacji postulatów, które były w gestii ministerstwa. Zapytałem Szałajdę: (...) jak się mają nasze hutnicze postulaty? i przypomniałem niektóre z nich. Minister uśmiechnął się krzywo i odrzekł mniej więcej coś takiego:
- proszę pana, już niedługo te wszystkie postulaty przestaną nas absorbować… Poczułem w tym momencie jak cierpnie mi skóra.
W grudniu byliśmy zaangażowani w pomoc strajkującym studentom. Kilku z nich zostało pobitych w trakcie plakatowania i ci młodzi ludzie domagali się ukarania winnych oraz zażądali dostępu do mediów. 12 grudnia przyjechała do huty z UJ (Uniwersytet Jagielloński) grupa młodych działaczy, by podziękować za wsparcie i powiadomić nas o zakończeniu strajku studenckiego. Tego samego dnia, w budynku przy alejach Krasińskiego, tuż nad pomieszczeniami zarządu regionu Solidarności, pracownicy odkryli pusty pokój, który prawdopodobnie służył bezpiece do podsłuchu. Ludzie z zarządu poprosili nas o pomoc w przeszukaniu owego lokalu. Pojechało na aleje kilku ludzi z mojego wydziału, wśród których znalazł się i Edek Nowak. Po wyważeniu drzwi rzeczonego lokalu, okazało się, że jest to melina nosząca liczne ślady pijackich orgii. Tego dnia, 12 grudnia 81 roku, działo się dużo „niezwykłych rzeczy”. Wybierałem się właśnie do domu, gdy otrzymaliśmy faksem informację z Olsztyna i ze Słupska (huta należała do tzw. Sieci wiodących zakładów pracy i miała z nimi połączenie faksami), że duże kolumny wojsk i milicji ruszają w kierunku południowym. Pamiętam też kolejną, tym razem bardziej szczegółową wiadomość, że dowódcy kolumn marszowych otrzymują zalakowane koperty, które mają otworzyć dopiero w drodze, na sygnał radiowy.
długa noc…
Późny wieczór 12 grudnia, zbliża się północ. Jesteśmy jeszcze wciąż w zakładzie. Spoglądam przez zachodnie okno w aleję Lenina (obecnie - Solidarności) W rejonie Centrum Administracyjnego wygasa z wolna ruch samochodowy. Nieopodal, jakieś 100 metrów od naszego okna, parkuje typowy dla sb, kremowy fiat 125p. Wewnątrz widać cienie postaci l żarzące się papierosy. Mówię do Jaśka (Ciesielskiego): popatrz, oni tutaj stoją już od dłuższego czasu, wygląda na to, że jest to ich mobilny punkt obserwacyjny.
W pewnej chwili podrywa nas telefon od Mietka Gila. Widać, że jest mocno roztrzęsiony. - Nie wiem co tu się dzieje, bo milicja chce aresztować Jurka Ciastonia i nie mam pojęcia czym się ta awantura skończy.
- Czekaj tam Mietku! Zaraz wysyłam po ciebie i ludzi z prezydium służbową nyskę! Już od jakiegoś czasu dzieje się wokół nas coś niedobrego!
W bloku na os. Tysiąclecia, piętro nad Mietkiem mieszkał J.Ciastoń, który w zarządzie regionu „S” był szefem sekcji interwencji. Był działaczem prawym, znanym z nieprzejednanej postawy wobec komuny i oni wzięli go jako pierwszego na cel, podczas tej „nocy długich noży”. Pamiętajmy, że zaczynała się właśnie noc 12/13 grudnia! Ciastoń wyrwał się i uciekł na balkon, chwycił rękoma balustradę i zawisł z czwartego piętra grożąc, że jeśli się nie odpieprzą, to skoczy z czwartego piętra. Policjanci zwrócili się do Mietka jako do sąsiada, żeby przemówił Jurkowi do rozsądku. Coś ich w tym momencie jednak tknęło, bo spytali: „a pan to kto?”.
- A ja jestem Mieczysław Gil, przewodniczący Solidarności w hucie.
- O, to i dla pana coś mamy! - i jeden z nich wręczył mu nakaz internowania.
Mietek przebiegł oczyma doręczony tekst i nieoczekiwanie rzucił mu papier w twarz. Wykorzystał zamieszanie powstałe na schodach wśród lokatorów i pognał do swojego mieszkania. Zatrzasnął drzwi i poprzez sąsiadujące z sobą balkony przedostał się na inną klatkę schodową. Tam ukrył się w mieszkaniu jakiegoś życzliwego człowieka. Funkcjonariusze wściekli, że dali się tak ograć, poczęli biegać i szukać go po całym budynku. Po chwili przyjechało jeszcze kilka suk, które penetrowały reflektorami okna i balkony budynku. Esbecy łomotali do wszystkich drzwi, także do tego mieszkania, gdzie krył się Mietek. Ktoś z naprzeciwka wyszedł na schody i przytomnie przemówił: panowie zostawcie, ci ludzie wyjechali tydzień temu… nie mówili, kiedy wrócą.
To uratowało Mietka. Lider KRH siedział w ukryciu do godzin południowych i wyszedł ze znajomą - mieszkanką tego bloku. Idąc pod rękę, udawali parę. W hucie pojawili się tuż po południu.
Wracając jeszcze do chwil poprzedzających akcję milicji w bloku na Tysiąclecia, pamiętam, że Jasiek oglądał w drugim pokoju włoski film, a ja pisałem jakiś tekst do naszej prasy. W pewnym momencie Jasiek przychodzi i mówi zdegustowany: „film gówniany, ale i tak go urwali”. Podszedłem do telewizora i rzeczywiście - na monitorze szum i śnieg. Chwilę potem zadzwonił do nas ze swojego dyżuru w rynku bocheńskim - Jurek Orzeł, lider tamtejszej filii HiL przekazując, że kręcą się wokół jego biura, jakieś podejrzane typy. - Pakuję się i wracam na zakład!
Zadzwoniłem jeszcze do pani Marii Sęk. Chciałem podzielić się tym, co się wokół nas działo z osobą, która jest nam życzliwa i w razie potrzeby opowie… wszak nie wiedzieliśmy czym skończy się ta noc. Wyobraźnia suflowała mi raczej ponure scenariusze. Pani Maria wspierała nas często swoją wiedzą prawniczą. Należała do grupy krakowskich prokuratorów, którzy zakładając własną Solidarność, zderzyli się z reżimowym szefem - niejakim Trzybińskim. Ten facet nakazał im wybierać pomiędzy pracą w prokuraturze a przynależnością do Solidarności. Wtedy wymyśliliśmy z mec. Krzysiem Bachmińskim, że KRH przyjmie tę grupę Solidarności prokuratorskiej pod swoje skrzydła, włączając ją w skład Solidarności huty. W ten sposób grupa pracowników krakowskiej prokuratury zyskała solidny parasol ochronny w postaci 36 - tysięcznego związku. Telefon do pani Marii, był moim ostatnim zewnętrznym połączeniem. Próbowałem jeszcze uzyskać połączenie z Gdańskiem poprzez centralę międzymiastową, tam trwało posiedzenie komisji krajowej „S,” ale miła panienka odrzekła, że nie ma w tej chwili łączności ani z Gdańskiem ani z innymi miastami. Na koniec dodała, że podobna blokada miała miejsce w sierpniu 1980 roku...
- cholera, no to naprawdę się zaczęło!
Stoimy więc z Jaśkiem przy oknie, już spakowani i wypatrujemy naszej służbowej nyski. Wreszcie jedzie! Ale kiedy pojazd skręca przed budynkiem w prawo, okazuje się, że to nie nasza nyska…ale milicyjna suka! [Kilka dni później dowiedzieliśmy się, że nasza służbowa nyska została gdzieś w drodze powrotnej zepchnięta do rowu, a pasażerowie zatrzymani przez milicję]. Na zewnątrz wyskakują pochylone figurki zielonych ludzików. Niosą jakieś młoty i babę do rozbijania drzwi. W tym momencie rozdzwonił się dyspozytorski telefon. Mówi, a właściwie krzyczy w słuchawkę zakładowy dyspozytor, Leopold Rosiek: - Panie przewodniczący, milicjanci wdarli się w tej chwili przez wartownię, idą po was! Chwała temu człowiekowi, gdyby nas nie ostrzegł, napastnicy nakryli by nas w pomieszczeniach biurowych związku. Nie mogliśmy ich widzieć, bo pojawili się od frontowej, północnej strony budynku. Natychmiast rzuciliśmy się do ucieczki. Wybiegamy przez przełączkę w kierunku huty, a tu już droga odcięta! - Wracamy! Pędzimy po schodach jak szaleni... cholera, gdzie tu się ukryć?! W piwnicach nie możemy, bo napastnicy już zajęli parter. Z toalet wyciągną nas za uszy! - Aż w jednej chwili nastąpił zwrot akcji, jaki zdarza się w fantazjach filmowych: - otóż przypomniałem sobie nagle, że mam przy sobie klucz od pomieszczenia, które przydzielono nam niedawno na potrzeby redakcji związkowego biuletynu. Leży ono poza kompleksem naszych biur. Chwilę go szukamy, po czym wpadamy na ostatnich nogach do małego pokoiku i zatrzaskujemy drzwi. A na schodach dudnią już kroki pościgu. Biegną po korytarzu, łomoczą w drzwi i szarpią klamki. Na szczęście nie widzieli gdzie się ukryliśmy, toteż trudno byłoby im rozwalać kolejno wszystkie drzwi. W pokoju na biurku stoi telefon bez tarczy. Przez chwilę uspokajam oddech i ... sięgam po słuchawkę. Stłumionym głosem proszę dyspozytora o połączenie ze zgniataczem. Dyspozytor zgniatacza wywołuje do telefonu Maćka Florczyka, pracującego na moim niegdysiejszym stanowisku. Przekazuję mu: - milicja osaczyła nas w budynku „S” za chwilę mogą nas zgarnąć, ogłoś w moim imieniu strajk protestacyjny. Maciek na to: - ogłosisz to osobiście, poczekaj chwilę, - przełączę na głośnomówiącą. To było połączenie, którym przez głośniki można było przekazać wiadomość na wszystkie stanowiska ciągu walcowniczego zgniatacza. Ułożyłam sobie szybko w pamięci treść komunikatu i zaczynam: - Mówi Stanisław Handzlik, wiceprzewodniczący KRH, ogłaszam strajk okupacyjny bezterminowy z powodu ataku na związek.
Chwilę po moim komunikacie docierają do mnie chaotyczne głosy z drugiej strony: kto to mówi do cholery? kto napadł, co on pieprzy? Co ty Stasiek wygadujesz?.
Na to dyspozytor (znów nieoceniony Rosiek) - Spokojnie panowie, to nie są żarty, po czym prosi mnie o powtórzenie komunikatu, ale głośniej. Powtarzam więc głośniej, a mój kompan Jasiek czuwający przy drzwiach, gestykuluje wymowną pantomimą, że mi mordę obije, jeśli nie przestanę się wydzierać. Potem kładzie palec na ustach i wskazuje na drzwi, a tam na korytarzu, niemal ocierają się o nasze drzwi biegający zomowcy. W takich oto niekomfortowych warunkach musiałem recytować najważniejszy komunikat mojego życia! W końcu dyspozytor przychodzi mi z odsieczą i powtarza głośno moją formułkę: wiceprzewodniczący KRH Stanisław Handzlik ogłosił strajk okupacyjny bezterminowy z powodu ataku na związek. Macie to wykonać. Ten komunikat poszedł z pewnością na walcownię, ale nie byłem pewien, czy też na inne wydziały. Wtedy, spojrzeliśmy sobie obaj głęboko w oczy i Jasiek zawyrokował: - Huta stoi! Mogą nas teraz pocałować w dupę! Po godzinie 3.00 w nocy stało już kilka wydziałów, a my wyszliśmy z naszego ukrycia, kiedy mundurowi odtrąbili zakończenie obławy.
Piszę te słowa dziś, po 45 latach od tamtych wydarzeń. Gdyby ktoś zapytał o dokładną godzinę ogłoszenia strajku odpowiem, że było to między pierwszą a drugą w nocy 12/13 grudnia ‘81 roku. Odnosi się to także do innych, opisanych w moim tekście faktów. Co prawda miałem cały czas zegarek na ręku, ale kto w takich rozchybotanych emocjach spogląda na zegarek?
Na terenie huty, w gabinecie dyrektora, już od pierwszego dnia stanu wojennego ulokował się komisarz wojskowy, płk. Mazurkiewicz, który od razu wezwał Mietka Gila na rozmowę. Zanim Mietek się wybrał w drogę, odebraliśmy telefon od sekretarki dyrektora Pustówki. Powiedziała krótko, „panie Mietku, niech pan nie idzie, zrobili tutaj na pana zasadzkę”. Ustaliliśmy w komitecie strajkowym, że Mietek pójdzie jednak na to spotkanie, ale w licznej obstawie i tylko pod bramę zewnętrzną. Podczas tego spotkania płk. Mazurkiewicz zażądał natychmiastowego przerwania strajku. Gdy zakomunikował, że daje nam ultimatum do godzin 18-tej, stojący wokół bramy ludzie zaintonowali „Jeszcze Polska nie zginęła”. Mazurkiewicz stuknął obcasami, oddał honory, ale to wszystko, na co go było stać. Strajkujące wydziały odrzucały w głosowaniach kolejne terminy ultimatum. Tak było do nocy 15/16 grudnia, kiedy czołgi, wojsko, milicja i bezpieka uderzyli w strajkujące wydziały wszystkimi siłami i ze wszystkich stron.
Atak wojska nastąpił tego samego dnia co atak na kopalnię Wujek. Mieliśmy od łączników informacje o pacyfikacjach innych zakładów. Łącznikami byli studenci i wykonywali dla strajku najróżniejsze zadania. Byli życzliwi i uczynni, szybko zdobyli sympatię starszych kolegów.
Na zgniataczu zawiązał się pięcioosobowy sztab strajkowy w składzie: Mietek Gil, Staszek Handzlik, Janek Ciesielski, Edek Nowak, Władek Hardek i dopraszany w razie potrzeby - Marian Kania. Próbowaliśmy ustalić taktykę podczas pacyfikacji. Oczywiście braliśmy pod uwagę głównie defensywne rozwiązania, bo nie mieliśmy przecież innych możliwości! Funkcjonujący w naszej grupie Władek Hardek, który w okresie założycielskim piastował funkcję przewodniczącego Komitetu Robotniczego Huty, otwarcie rywalizował z Mietkiem Gilem i trochę ze mną, poprzez wygłaszanie radykalnych pomysłów. Nawoływał, by na przemoc odpowiedzieć przemocą. Możliwe, że to pod wpływem rzucanych przez niego haseł, młodzi koledzy ze zgniatacza szykowali butelki z benzyną, by koktajlami Mołotowa odpierać czołgi, wojsko i milicję. Na szczęście zwyciężył pogląd, że stosujemy wyłącznie opór bierny, bo - umówmy się - nie jest to nasza ostatnia bitwa z komuną. Będziemy kontynuować tę walkę w podziemiu! Do skutku!
16 grudnia minęło kolejne, ostatnie ultimatum płk Mazurkiewicza. Wiedzieliśmy już, że strajk bocheńskiej filii HiL zakończył się pacyfikacją. Aresztowano komitet strajkowy. Logika wydarzeń wskazywała, że teraz kolej na nas. Ustaliliśmy z kolejarzami, że kiedy zaczną wkraczać oddziały pacyfikacyjne, nasze lokomotywy wyślą sygnały dźwiękowe.
na stos…
Wieczorem 15 grudnia, Edek Nowak przemawiał z podestu do zgromadzonych strajkujących. Nagle stracił głos i ludzie odprowadzili go na stołówkę, by popłukał gardło napojem z mięty. Od początku naszego protestu, prowadził on sprawnie wiece wydziałowe. Często to właśnie „pana inżyniera Nowaka” zapraszano na strajkujące wydziały. Jego optymizm udzielał się zatroskanym ludziom i dobrze wpływał na nastroje strajkujących. Zdarzało się, co prawda, że przekazywał czasem wiadomości nie do końca sprawdzone, że np jakiś zakład odrzucił ultimatum o przerwanie strajku i wojsko musiało odstąpić. Gdy odprowadzono go na stołówkę, przejąłem mikrofon i instruowałem ludzi, jak się zachować w chwili pacyfikacji. - Nie wpadamy w panikę, mamy stosować wyłącznie opór bierny. Przypomnę, na czym to polega: tworzymy kordon ludzi, do środka bierzemy osoby słabsze, kobiety i najstarszych. Nie dajemy się sprowokować. Możemy sobie śpiewać, ale broń boże nie prowokować! Ludzie pospuszczali głowy i poczęli się rozchodzić. Chwilę później, dał się słyszeć odległy gwizd lokomotywy. Po chwili drugi i kolejne, potem już w całej hucie… Rozpoczęła się pacyfikacja!
Czołgi staranowały bramy i dość długo jechały, zanim do nas dotarły, bo centrum strajkowe leży pośrodku huty. Po drodze rozwalali bramy, płoty i pozczepiane wagony, zostawiając po sobie zupełne zniszczenia i straty idące w miliony. Wojsko szło pierwsze, za nimi ZOMO, potem milicja, a na końcu - największe łotry - bezpieka. Wiem, że jeśli mnie dopadną, to skatują i jeśli przeżyję, to wpakują do ciupy na lata... wycofuję się tedy niespiesznie, by nie nakręcać emocji. Spotykam po drodze Basię Bilik - nauczycielkę, która pracowała w zarządzie regionu. Poprosiła mnie o jakiś ferszalung, by się wtopić w masę strajkujących. Bezpieka wyławiała z lubością cywilnych uczestników strajku, by przybić im ciężkie zarzuty prowodyrów. Dałem Basi swoją kufajkę i biały kask technologa, a sam zostałem jeszcze chwilkę - przecież mam tu jeszcze coś do załatwienia!
- Wyjmuję z szafki odzieżowej plik deklaracji Klubów Rzeczpospolitej Samorządnej WSN i na posadzce w łaźni układam je w niewielki stos… Patrzę z ciężkim sercem, jak płoną nasze marzenia o wolnej sprawiedliwej i niepodległej Polsce. Wraz z nimi kilkaset nazwisk z adresami ludzi z huty, którzy zadeklarowali przystąpienie do zawiązanej w ubiegłym miesiącu inicjatywy politycznej pod wyżej odnotowaną nazwą. To nie może się dostać w ręce bezpieki! I nie dostało się!
Schodzę do piwnicy, gdzie się umówiłem z Jaśkiem Ciesielskim i facetem, który miał nas wyprowadzić kanałami technologicznymi poza hutę. Żegna nas gromadka kolegów z WCK. Janek Zaszczudłowicz wspominał parę lat potem, że ściskał wtedy moją rękę ze… ściśniętym sercem będąc przekonany, że widzimy się ostatni raz.
Te kanały, do których weszliśmy były umieszczone pod ciągami walcowniczymi i w ich koryta spadała zgorzelina, czyli odpady z walcowania. Spływały także w strumieniach wody przemysłowej oleje i inne nieczystości. Chwilę po naszym wejściu, ktoś odkręcił kolektory z wodą, które chłodzą samotoki podczas walcowania. Teraz, podczas postoju przy ujemnych temperaturach, musiały być odkręcane co jakiś czas, by zapobiec zamarznięciu. Już na wstępie zostaliśmy więc zlani od stóp do głów zimną wodą. Doszczętnie mokrzy i zziębnięci weszliśmy w głąb kanałów po północy, a wyszliśmy z nich o 9:00 rano. Półprzytomnych ze zmęczenia i zimna odnalazł nas, wspartych na kolektorze z ciepłą wodą, elektryk z walcowni gorącej. Mówił, że delegowali go koledzy, by odnalazł ludzi z komitetu strajkowego. Kiedy przyznaliśmy, że jesteśmy tymi, których szukał, zakrzyknął:
- Panowie, odwołajcie to wysadzanie huty! przecież zginą niewinni ludzie!
Ludzie zbliżeni do komitetu strajkowego kolportowali groźnie brzmiące informacje, że tlenownia i siłownia zostaną wysadzone, by powstrzymać działania napastników. A ten zatroskany chłopak wziął to na serio. Uspokoiliśmy go, że to wielkie bum jest już nieaktualne i wtedy wyprowadził nas z kanałów na sąsiedni wydział. Byliśmy przekonani, że po tych dziewięciu godzinach błądzenia, jesteśmy daleko od centrum strajkowego, a okazało się, że cały ten czas kręciliśmy się wokół dwóch - trzech wydziałów. Wyszliśmy na powierzchnię około 500 metrów od miejsca, w którym zeszliśmy! Nasz przewodnik zaprowadził nas do warsztatu elektryków zgniatacza. Tam, znajomi przygotowali nam gorącą kawę i bułki z pasztetówką. Potem kąpiel. Grzałem się pod gorącym prysznicem niemal godzinę, by odzyskać czucie w przemarzniętych członkach. Potem pojawił się Edek, który podczas ataku ZOMO ukrył się wpierw wysoko na suwnicy, potem zeskoczył niżej na jakiś daszek i zagrzebał się w… szklanej wacie. Teraz złorzecząc, wyciągał z bielizny dokuczliwe, szklane igły. Wieczorem dostaliśmy wiadomość od jednego z elektryków, że na bramie nr 3 (Walcownie) nie ma już obcych posterunków. Wychodzimy!? Miałam za sobą cztery nieprzespane noce oraz to koszmarne brodzenie po kanałach i najchętniej położyłbym się byle gdzie, żeby usnąć, ale Jasiek i Edek wyperswadowali mi, by pójść na przystanek tramwajowy.
Już poza bramą, w pustym zupełnie tramwaju ktoś zostawił na fotelu ulotkę z ostatnią uchwałą regionalnego komitetu strajkowego, w której przewodniczący Mietek Gil zobowiązuje członków komitetu strajkowego, którzy unikną aresztowania, do kontynuowania działalności w warunkach konspiracyjnych, w celu uwolnienia internowanych i przywrócenia Solidarności”.
I oto po wyjściu z huty, nastaje całkowicie nowy rozdział w moim życiu - konspira. Jest wieczór 16 grudnia. Gdzie się ukryć? Wiemy, że wykluczone są adresy solidarnościowe!
…skombinuj coś Bacha!
Poszedłem tedy do Ewy Ogińskiej, którą znałem jeszcze z piaskownicy. Przerażona moim wyglądem, nakarmiła mnie smażonymi pieczarkami, a ja potem całą noc zwracałem je na raty, bo wyposzczony żołądek odmówił posłuszeństwa. Dopiero nad ranem się zdrzemnąłem. O 10-ej rano miałem spotkać się z Jaśkiem i Edkiem przed jakimś kościołem w Śródmieściu, ale zaspałem i znalazłem się tam dopiero koło dwunastej. Oczywiście ich tam już nie było, więc wsiadłem do tramwaju na Cichy Kącik, gdzie spotkałem kolegów, którzy... również zaspali! Razem pojechaliśmy do dzielnicy Wola i nocowaliśmy u jednych znajomych, potem u drugich, a z trzecią nocą jest związana taka oto historyjka: na Woli mieszkała znajoma prawniczka - Baśka. Nadaliśmy jej ksywkę Banderka, bo pochodziła gdzieś z rejonu Bieszczad. Razem poszliśmy do drewnianego kościółka, do księdza, by poprosić go o nocleg. Ksiądz się zgodził i kazał iść na plebanię i tam się zameldować u gospodyni. Otwarła nam jejmość starowinka, mówimy, że jesteśmy z polecenia księdza a ona otaksowała nas niechętnie i zaczyna labidzić: - panowie, na litość boską, tu... nieeeeeee...tu są dzieci!
Cóż, wracamy do Baśki i mówimy: - skombinuj coś Bacha! A Bacha pomyślała chwilę i udała się do znajomego lekarza, nazywał się A. Komorowski. Okazało się wiele lat później, że on także był jednym z podziemnych działaczy związku. Zgodził się podrzucić nas swoim maluchem do kliniki ortopedycznej na Kopernika. Podwiózł nas do centrum miasta, gdzie obecnie stoi Hotel Wyspiański, a w tamtych czasach była to siedziba ZOMO. Koło tej „wilczej jamy” przeszliśmy gęsiego, w dużych odstępach od siebie, żeby nie wzbudzać niepokoju wartowników i wreszcie dotarliśmy do kliniki wskazanej nam przez lekarza. Okazało się, że od kilku dni ukrywa się w niej ortopeda - Jacek Marchewczyk - członek Komisji Krajowej NSZZ Solidarność.
Powitał nas słowami: - fajnie, że jesteście, może zrobimy coś razem, ale najpierw muszę was przenocować. Spaliśmy na stołach operacyjnych do piątej rano, bo personel zaczął przygotowania do operacji. Edek następnego dnia musiał pójść na jakieś spotkanie. Spotykaliśmy się z nim jeszcze parę razy na Grzegórzkach. Na któreś kolejne nie przyszedł! To był ł3 stycznia ‘82 roku. Tego dnia Edek i Mietek Gil zostali aresztowani. Mnie dopadli parę miesięcy później…
Poprzez Jacka Marchewczyka poznaliśmy panią lek. pediatrę Małgosię Batorską. Mieszkała solo na ostatnim, 11 piętrze wieżowca na Os. Podwawelskim. Miała wolny pokój i świadoma kim jesteśmy, zgodziła się nas tam przyjąć. Ściany pokoiku były zastawione do sufitu regałami z książkami, bo ta dzielna dziewczyna była bibliofilem. Mieliśmy więc czytania na sto lat, zwłaszcza że ostatnio zaopatrywano ją w najnowsze, wydane w podziemiu pozycje bezdebitowe. Tam przeczytałem od deski do deski Rok 1984 G.Orwella. Wspominam o tej lekturze, bo okazała się przydatna niedługo potem...
Wraz z Jaśkiem organizowaliśmy pierwsze struktury podziemne regionu. Na czele konspiry małopolskiej (RKW) stanął Władek Hardek. Po pierwsze dlatego, bo od początku miał dobre papiery, a po wtóre, dysponował dobrą meliną. Należał do tych, którzy podczas strajku namawiali do czynnej obrony, ale żaden z namawiających nie potrafił wskazać do tego narzędzi. Nie byłem nigdy jego fanem. Gdyby reszta z komitetu strajkowego dała się porwać jego wezwaniom, huta spłynęłaby krwią. Jak na Wujku.
Lokujemy się z Jaśkiem u pani doktor na ostatnim piętrze. Jest to niezłe miejsce do ukrywania - 11-piętrowy wieżowiec i tych lokali mieszkalnych rozłożonych na każdym piętrze jest tyle, że ludzie raczej się nie znają. Nasza obecność nie budzi zatem zdziwienia ani specjalnego zainteresowania.
Przyjmujemy żelazną zasadę, że nie korzystamy z domowego telefonu. Wychodzimy tylko wtedy, kiedy to jest konieczne i staramy się załatwiać swoje sprawy poprzez łączników. Ja znalazłem sobie jako łącznika Kazia Nosalskiego - człowieka z huty. Mieszkał on wprawdzie w budynku nieopodal, ale nie mógł wiedzieć, gdzie ja się ukrywam. Spotykaliśmy się na zewnątrz. Była taka umowa, że wychodząc z domu, starałem się zajść budynek od tyłu i spojrzeć na balkon łącznika. Jeśli wisiał na nim ręcznik, oznaczało to „zadzwoń do mnie”, a ja wtedy szedłem do publicznego telefonu przy budynku szkolnym i dzwoniłem do niego, używając oczywiście hasłowych pojęć. Kiedy potrzebowaliśmy się spotkać, to najczęściej u jego mamy na ul. Kawiory albo awaryjnie - u niego.
Taka sytuacja trwała do feralnego, czerwcowego dnia, kiedy wracałem ze spotkania z ludźmi ze zgniatacza. Było na nim pięć osób i omawialiśmy problemy na wydziale, chodziło między innymi o wyłonienie reprezentanta do kontaktów ze strukturami podziemnymi huty. Wcześniej poprosiłem jedną z tych osób, żeby rozeznać, jaka jest sytuacja u mnie w domu, bo przez łącznika dostałem parę dni wcześniej dramatyczną wiadomość, że moje młodsze dziecko - Tomasz Jakub został uprowadzony. Nie wiedziałem, co z tym zrobić i chociaż miałam świadomość, że tak pół na pół - może to być esbecka prowokacja, mimo to, nie przestawałem o tym myśleć. Niestety nie mogłem pójść do domu i sprawdzić, bo wiedziałem, że dom jest pod stałą obserwacją.
Na spotkaniu na Kawiorach od razu zadałem pytanie o Kubę. Gdy dowiedziałem się, że była to tylko esbecka plotka, kamień mi spadł z serca.
Działo się to 24 czerwca, w imieniny Jana. Przed chwilą zakończyło się spotkanie z ludźmi ze zgniatacza. Zastanawiałem się, jak bez butelki alkoholu opędzić Jaśkowe imieniny? Przejeżdżaliśmy z łącznikiem jego syrenką koło kwiaciarni na Rynku Dębnickim i zatrzymałem się na moment, rozważając zakup jakiegoś kwiatka. To może niezbyt odpowiedni prezent dla faceta, ale lepszy taki niż żaden. Przed kwiaciarnią stała długa kolejka, więc przystanąłem chwilę zastanawiając się, czy w niej stanąć, gdy nagle jakieś dwa obce typy chwyciły mnie od tyłu pod ręce i zasyczeli: - Stój spokojnie! Idziesz z nami!!
Idę z nimi spokojnie, bo to dwa osiłki, jednakowo krótko ostrzyżeni i ubrani w czarne koszule i śliwkowe marynarki. W życiu nie widziałam takich funkcjonariuszy - dopiero później się dowiedziałem, że byli to ludzie z wojskowych służb specjalnych. Podprowadzili mnie do samochodu, którym przyjechałem z łącznikiem. Usłyszałem jak on głośno tłumaczy, że mnie nie zna i tylko podwiózł mnie po drodze. Później okazało się, że Kazik został internowany. Wygląda na to, że byliśmy śledzeni od czasu spotkania na Kawiorach. Szczęście w nieszczęściu polega na tym
że zdjęli mnie jakieś 300 metrów od naszego lokum na Podwawelskim. Mieliśmy uzgodnione z Jaśkiem, że jeśli nie wrócę ze spotkania na Kawiorach do godz.21 oo, a było to spotkanie wysokiego ryzyka, on natychmiast musi spalić archiwum i pilnie opuścić lokal. Jasiek razem z gospodynią palili dokumenty do godzin porannych w toalecie, aż pękła z przegrzania muszla klozetowa.
Tymczasem ja zostałam rzucony na podłogę milicyjnego fiata i przygnieciony ciężarem tych dwóch śliwkowych. Ruszamy w pośpiechu i po kwadransie zajeżdżamy pod kompleks milicyjny na Mogilskiej. Prowadzają mnie po jakichś korytarzach, potem windą na 10 piętro, a po drodze uchylają się mijane drzwi i zaciekawiony esbek wystawia głowę by nacieszyć się tryumfem służb. Widzę radość na ich twarzach, no - będzie premia! Dla mnie - początek trudnej próby. Sprowadzili mnie na tak zwany dołek, czyli areszt. Oczywiście, najpierw zrobili mi rewizję osobistą. Ale gdy kazali wypiąć tyłek, skłonna do żartów pamięć podsunęła triumfalną frazę utworu noblisty: (...) w dupę nie zajrzeli, miałem tam socjalizm. Po kilku chwilach przyszedł klawisz i wywołuje mnie na przesłuchanie skinieniem palca, bo oni mieli taki regulamin, że nazwisk nie wymieniali. Pierwsze przesłuchanie trwało około 16 godzin, bez jedzenia, bez picia i bez wypoczynku. A oni się zmieniali. Przesłuchiwał mnie szef i jego zastępca. Po latach rozpoznałem ich twarze, kiedy opublikowano portrety krakowskich tuzów sb. Ten starszy, to Kazimierz Kasprzyk - największy łajdak w krakowskiej sb! Nazywaliśmy go szczurem, drugi to Adam Wolnicki który naśladuje serialowego porucznika, stąd jego ksywka - Colombo, Trzeci - Sławomir Sienniak, był „opiekunem” zgniatacza, teraz podmienia znużonych kolegów, ale wygląda na to, że ma wszystko tam, gdzie nasz noblista miał socjalizm. Mimo to Sienniak czyta organ - Trybunę Ludu. ale z czasem zorientowałem się, że w tej gazecie zrobił dziurę i cały czas mnie obserwuje. A ja siedzę spięty przez te kilkanaście godzin. ważę każde słowo, by nie palnąć niczego, co by mogło poszerzyć ich wiedzę o krakowskim podziemiu. Jestem szczególnie wyczulony na pytania o moją rodzinę. Pamiętam z niedawnej lektury G. Orwella, by nie dać przesłuchującym rozpoznać moich słabych stron. Ponoć każdy z nas ma taką wrażliwą sferę. Jeśli ją zidentyfikują, trudno będzie zachować kontrolę nad emocjami.
Początkowo opowiadałem bajki, które miały kierować ich na ślepe tory. Po upływie kilku godzin, nabrałem już pewności, że Jasiek wyczyścił lokum na Podwawelskim i zdążył zapaść się pod ziemię. Kiedy sobie to uświadomiłem, przestałem zupełnie odpowiadać na pytania i zaczepki.
Dowiedziałem się kilka miesięcy później, że zanim zapadło postanowienie o internowaniu mojego łącznika, wydobywano zeń zeznania poprzez wywieszanie głową w dół z okna 10 piętra. Żartowali sobie przy tym, że uczą hutasa latać! Kazik - mój łącznik twierdzi, że nie przyznał się do niczego, ale czy tak było w istocie, nie będziemy mieć nigdy - może i on też - takiej pewności... Z doświadczenia wiem, że wielu z nas miało w życiu chwile - A. Michnik nazwał je chwilami moralnej nieuwagi - które świadomie, lub nie, wyparliśmy ostatecznie z pamięci.
Po 16 godzinach tego pierwszego przesłuchania wreszcie wracam do celi. Tam czeka na mnie talerz zimnej zupy, której po dwóch łyżkach nie da się już zjeść. Zadziwiające, jak można tak spieprzyć krupnik? Zmęczony, kładę się spać na dechach. Nie zdążyłem jeszcze odpłynąć, kiedy drzwi się otwierają i znowu paluch klawisza wywołuje mnie na przesłuchanie. A tam przygotowali
inną taktykę. Znowu trwa to nieskończenie długie godziny, a ten, co zadaje pytania, ostentacyjnie parzy sobie herbatkę, sypie do niej kilka łyżeczek cukru i hałaśliwie miesza w szklance. A im dłużej miesza, tym bardziej odczuwam pragnienie. Czy ci sadyści nigdy nie wpadną na to, że mnie też doskwiera pragnienie? Ledwie to pomyślałem, a ten mieszający zagaduje uprzejmie - a może herbatki się pan napije? Zastanawiam się, czy nie wrzucił czegoś do szklanki, żebym im potem śpiewał jak w operze... W końcu, kiedy zaparzył kolejną, zgodziłem się na tę służbową herbatkę. Po niej zachciało mi się sikać. Prosiłem parę razy o wyjście do ubikacji, lecz za każdym razem słyszałem: - zaraz, nie pali się! Tymczasem ten z gazetą obserwował mnie przez dziurę i dało się wyczuć, że roznosiła go uciecha... Nie wiem doprawdy, jak to przetrzymałem, ale dzisiaj byłoby to niemożliwe.
Trzeciego dnia przyprowadzili kolegę z KRH - Mariana Kanię. Postanowiłem wykorzystać tę jego obecność, by przekazać na zewnątrz wiadomość, że mimo wszystko, daję sobie jakoś radę. Kiedy Marian powiedział na wstępie, że nie wie, dlaczego przyprowadzili go w to miejsce, rozpocząłem przedstawienie od tego, że wypomniałem esbekom, że trzymają mnie tutaj od trzech dni bez nakazu prokuratorskiego, przesłuchują po kilkanaście godzin, nie pozwalają spać, ani nawet zjeść ciepłej zupy! Mówiłem coraz donośniej… Stanąłem w końcu na równe nogi i patrząc im w twarze, huknąłem, że takiego wała się dowiedzą!!! Podkreśliłem to olimpijskim gestem Kozakiewicza. Obaj funkcjonariusze zerwali się w jednej chwili na nogi, jeden doskoczył i domknął uchylone okno, drugi wypchnął protestującego Mariana na korytarz. Colombo zaś, stojąc wzburzony przy drzwiach, wydusił: - panie Stanisławie myślałem, że jest pan człowiekiem inteligentnym, a pan… i tutaj szukał przez chwilę właściwego słowa... a pan jest po prostu anarchistą! Rozbawiło mnie to, bo już raz - dawno, dawno temu - przypięto mi tę łatkę w HiL-u.
Tego dnia zażądałem widzenia z szefem esbeków, płk Szafarskim. O dziwo, przystali na to! Szafarski wysłuchał moich skarg w milczeniu, trochę pokiwał głową i zadeklarował zmianę miejsca pobytu na areszt przy ul. Montelupich.
I tak trafiłem na oddział śledczy, który był pod wyłączną kuratelą bezpieki. To sb decydowała o lokowaniu i kojarzeniu więźniów w celach. Przesłuchania, już protokołowane(!) prowadził młody porucznik Stachowicz. Powiedziałem mu na wstępie, żeby się nie napinał, bo ja mu powiem tylko tyle ile zechcę. Nie zatajałem przed nim udziału w RKW (regionalnej komisji wykonawczej) bo byłoby to głupie, zważywszy, że sygnowałem od początku jej oświadczenia i inne dokumenty własnym nazwiskiem. Przyznać muszę, że facet zachowywał się poprawnie i nie naciągał zapisów w protokole przesłuchania.
szachy pod celą
Klawisz, który przyjmował mnie na oddział okazał się być przyzwoitym człowiekiem. Wspomniał, że niedawno przyjmował tutaj Mietka Gila i Edka Nowaka. Jakoś to przeżyli... Niech Pan tylko nie mówi za wiele pod celą. Idąc na oddział, zastanawiałem się co to znaczy „pod celą.” Myślałem początkowo, że chodzi o miejsce na korytarzu pod drzwiami celi. Być może są tam zainstalowane jakieś podsłuchy, mikrofony? Widać z tego, jaki byłem jeszcze niekumaty w rozumieniu więziennego slangu.
Ulokowano mnie w celi, gdzie odsiadywał wyrok spokojny facet, rzekomo przemytnik. On mnie oświecił, że określenie „pod celą” oznacza po prostu w celi. Obserwował mnie uważnie, a ja, żeby go sprawdzić, napisałem pewnego dnia na karteczce niby gryps i nie kryjąc się, schowałam do pudełka od zapałek. To pudełko włożyłam na dno innego, większego pudełka. Gdy wróciłem z kolejnego przesłuchania, moje pudełko z grypsem zniknęło! Po tej próbie, miałem już pewność, że mój towarzysz - przemytnik jest kapusiem. Widziałem nieraz, że chłopisko wyłazi ze skóry, by cokolwiek ze mnie wydusić, ale nie wiem, czy dostał za tę „pracę” obiecany szelest (torebkę) czaju.
Między moją celą a sąsiednią przebiegała przez ścianę rurka od kaloryfera i była na tyle obluzowana, że można było owinąć na niej kartkę papieru i przepchnąć do celi obok. W ten sposób korespondowałam z młodym działaczem KPN-u - Witkiem Tosiem. To był sympatyczny, dobrze rokujący chłopak. Parę lat później, podczas imprezy towarzyskiej krakowskich konfederatów wypadł z balkonu czwartego piętra i zginął na miejscu. Po pewnym czasie spotkałam jego żonę, Marysię Toś. Zwróciła się do mnie o wsparcie w znalezieniu pracy. Pomogłem jej zatrudnić się w magistracie. Gdy przysyła mi czasem na fejsie życzenia, zawsze moje wspomnienia biegną ku Witkowi i naszym korespondencyjnym pogawędkom na oddziale śledczym. Mówiło się o wypadku Witka różnie. Nie wiem do dziś, którą z trzech wersji uznać za najbliższą prawdy: czy był to nieszczęśliwy wypadek, zabójstwo, czy może - to wersja najmniej prawdopodobna - samobójstwo. Wśród 100 ofiar stanu wojennego jest niejedna taka zagadkowa historia jak ta.
Zamknęli mnie 24 czerwca i już w sierpniu była rozprawa. Załapałem się jeszcze na tak zwany doraźniak czyli sprawę w trybie przyspieszonym Prowadziła ją prokuratura wojskowa. Koledzy zmobilizowali palestrę krakowską by zapewnić mi możliwie najlepszą obronę. Gdy pierwszy raz
zobaczyłem mojego obrońcę - mec. Kosińskiego (a może Ostrowskiego?) to powiało optymizmem. Byłem poruszony, że po tak długim czasie widzę wreszcie życzliwego człowieka. Przez minione tygodnie miałem wrażenie, że opędzam się przed stadem hien a każda z nich szuka miejsca, gdzie mnie boleśnie capnąć. Tylko jeden na tej drodze zachował się przyzwoicie, to klawisz, który przyjmował mnie na Monte i przestrzegł przed mówieniem „pod celą.”
Wracając jednak do rozprawy. Sankcję dał mi prokurator Drabik w lotniczym uniformie. Na rozprawie oskarżał kpt Gąciarz - błazen, od którego cuchnęło alkoholowym fermentem, szpanował wąsem ala Wałęsa. Pamiętam, jak grzmiał podczas mowy oskarżycielskiej. W końcu zażądał dla mnie 10 lat więzienia. Obecni na sali znajomi i przyjaciele byli wstrząśnięci, ja nieco mniej, bo się tego spodziewałem. Część zarzutów pokrywała się z tymi, które mieli Mietek i Edek. Ja dostałem jeszcze dodatkowe, za działalność w podziemiu. Prosty rachunek prawdopodobieństwa wskazywał na 6 - 8 lat. Podczas tej rozprawy po raz pierwszy od dawna mogłem uściskać się z żoną. Wyrok zapadł jeszcze tego samego dnia - 4 lata więzienia i 2 lata pozbawienia praw publicznych. Przyjąłem go z ulgą. - Cztery lata, to zupełnie nie najgorzej, po dwóch pewnie wyjdę - pomyślałem.
Po rozprawie posadzono mnie już w innej celi. Dostałem towarzystwo faceta skazanego na karę śmierci. Była to jedna z szykan, gdyż w takim niezwykłym towarzystwie trzeba było nieustannie mieć się na baczności. Mówiło się w środowisku kryminalistów, że więźniowie skazani na karę śmierci, tzw. „kaesiaki” mogą się targnąć na życie współwięźnia, by w ten sposób otworzyć nowe postępowanie sądowe i tym samym odwlec o jakiś czas egzekucję. Tymczasem - o dziwo, kaesiak okazał się być normalnym, rozmownym człowiekiem. Opowiedział mi swoją historię, jak to kiedyś, po pijanemu wpadł na drodze na kilkuletnią dziewczynkę, rozeźlony chwycił ją za głowę i brutalnie odrzucił. Niestety, dziewczynka tego nie przeżyła, a on został skazany za morderstwo na karę śmierci. Starał się o zmianę wyroku na dożywocie, lecz obrońca z urzędu, nie powiadamiał go w umówionym czasie o wyniku apelacji. Trwało to długo, zbyt długo. Z każdym dniem gasła w nim nadzieja i nabierał pewności, że wyrok został utrzymany. W końcu załamał się! Któregoś dnia, kiedy inni byli na spacerniaku, on przy pomocy lusterka i wyłudzonej gdzieś agrafki zaczął sobie metodycznie wykłuwać źrenice! Kiedy mnie z nim posadzili, miał (-)18 dioptrii, czyli był prawie ślepy. Heniek - tak miał na imię mój nowy znajomy, wyglądał strasznie chociaż miał ledwie 25 lat. Podczas naszego wspólnego pobytu, zaczął czytać przez bardzo grube, powiększające okulary moje Pismo Święte. Tak się w nim zaczytał, że zapytał kiedyś, czy mógłbym mu go podarować. Odmówiłem z żalem, bo był to egzemplarz pamiątkowy z moimi zapiskami, poza tym lubiłem go czasem poczytać. Ale - rzecz jasna, więcej czasu poświęcałem na inne lektury. Niektóre dzieła J.Conrada znałem jeszcze z młodości, więc chętnie wracałem tutaj do nich. W okresie dwóch lat przeczytałem w więzieniu wiele książek, były to zazwyczaj te, na które nigdy wcześniej nie miałem czasu.
Mojego współwięźnia Heńka spotkałem po moim wyjściu. Był na przepustce i zapukał do naszego mieszkania w Nowej Hucie. Moja żona, Janeczka znała sprawę z opowiadań. Gdy zobaczyła, kto przyszedł, zamknęła się z dziećmi w drugim pokoju. Tymczasem Heniek zakomunikował, że już mu złagodzili wyrok i jak bardzo cieszy się, że mógł mnie zobaczyć. Nie miał nigdy przyjaciół, ale jeśli pozwolę mu tak się nazywać, będzie mi bardzo wdzięczny. Po tych odwiedzinach, zaprowadziłem go do ojca Niwarda w parafii Szklane Domy - to była taka parafia w której miało swoją siedzibę solidarnościowe duszpasterstwo hutników.. Ojciec Niward wyspowiadał Heńka i poruszony jego historią obdarował go Biblią Tysiąclecia. Na pożegnanie podarowałem mu 50 dolarów - pieniądze jakie nosiłem w portfelu na czarną godzinę, by kupił sobie lekkie szkła do okularów, bo te, które nosił, były ciężkie i deformowały mu nos. Odbyłem jakiś czas potem ciekawą rozmowę z ojcem Niwardem. Cystersa pytał mnie, czy wierzę w każde słowo Heńka. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie w każde. Rozstaliśmy się w przekonaniu, że była to szczera i pożyteczna dla nas obydwu rozmowa.
Na Monte posiedziałem jeszcze kilka tygodni. Zaliczyłem tam jeszcze kilkudniowy pobyt w celi, w której było kilku szachistów. Jednym z nich był niejaki Sojda z Połańca, także kaesiak. On także oczekiwał na apelację. Nie wiem, jak się skończyła jego historia, bo któregoś ranka klawisze zapakowali mnie w transport i powieźli na zachód. Żaden z konwojentów nie powiedział, dokąd jedziemy. Po drodze mieliśmy postoje etapowe w dwóch aresztach i w końcu wysadzili nas na dziedzińcu starego, pruskiego więzienia we Wrocławiu, przy ul. Kleczkowskiej.
imię Róży
- Wysiadać, jesteście w domu, haha! - Zażartował ten najstarszy.
Zrządzeniem losu zakwaterowano mnie w celi, w której przebywali już dwaj koledzy - Edek Nowak z HiL i Czesiek Talaga z krakowskiego MPK. Cały zaś 300 - osobowy pawilon był zasiedlony przez skazanych za Solidarność z rejonu południowo - zachodniej Polski.
W więziennej bibliotece znalazłem ciekawą książeczkę z biograficznymi opowiastkami o Róży Luksemburg. Okazuje się, że ta dama z SDKPiL, odsiedziała tutaj jakiś czas. Uderzające było to, że w tamtych czasach mogła wychodzić i spędzać czas na spacerniaku dowolną ilość godzin dziennie, nie miała także ograniczeń w korespondencji i w ilości otrzymywanych paczek żywnościowych. Atrakcją zakładu Na Klęczkach - bo tak w żargonie więziennym nazywano to pruskie pudło, była gilotyna. Za naszych czasów już tylko jako interesujący zabytek. Sugerowaliśmy wychowawcy, by spopularyzować artefakt nadaniem mu imienia Róży.
Edek zajmował się pisaniem statusu więźnia politycznego. Wcześniej, jeszcze w kłodzkim więzieniu pisał projekt nowej konstytucji. Dla przewietrzenia umysłu rozwiązywał jakieś zadania arytmetyczne. Pamiętam, że przyjeżdżała niekiedy na Klęczki ekipa kina objazdowego, prezentując w więziennej świetlicy filmy. Tam obejrzałem - co było niezwykłe w tym czasie i miejscu - komediowy film Marka Piwowskiego - Rejs. My także próbowaliśmy coś stale wymyślać, by zabić to dołujące nas poczucie bezsensowności. W moim domu rodzinnym dużo się śpiewało (ojciec miał bogaty repertuar z przedwojennej podchorążówki) znałem więc wiele patriotycznych pieśni z tamtych czasów. Niektóre jeszcze z czasów heroicznych powstań narodowych, począwszy od konfederacji barskiej. Nasza cela (nr. 5) śpiewała wieczorami, potem dołączyły kolejne, a z biegiem czasu, cały niemal pawilon na Klęczkach… Na niedzielnych mszach śpiewaliśmy gromko, że Nigdy z królami nie będziem w aliansach, nigdy przed mocą nie ugniemy szyi… itd. Mam do dziś notatniki zapełnione pieśniami i poezją, spisywane w tym niezwykłym czasie.
Czasem jeszcze na spotkania starych druhów z tamtych lat zabieramy swoje pamiątkowe śpiewniki, by odkurzyć więzienny repertuar.
Wędrujemy, wędrujemy… z mandżurami, transportami z pierdla w pierdel prl, wędrujemy w takt krakania czarnych dziobów, WRON-a ma ambitny cel! Tak śpiewaliśmy, kiedy wieźli nas do Strzelina, więzienia na kamieniołomie, co może brzmieć ponuro, ale spokojnie, polityczni mieli zakaz pracy. Ten pobyt był w miarę dobry. Służba więzienna była w porządku, może poza jednym, rudym sierżantem. Nazwaliśmy go Chyży Rój - Przymówił się pod nasza celę, kiedy z okazji - już nie pamiętam jakiego święta - popijaliśmy kawą domowe ciasto. Zagadnąłem go jak oni, służba więzienna postrzegają nas - politycznych? Czy współczują nam, nienawidzą, czy mają w... gdzieś? Patrząc mi prosto w oczy powiedział, że akurat jemu jesteśmy obojętni, ale gdyby dostał rozkaz strzelania do nas, nie mógłby odmówić!! Zdaliśmy sobie wtedy sprawę, że oni w większości są tacy. Na kawę już ich potem nikt nie prosił.
Po jakimś czasie rozdzielili nas z Nowakiem. On trafił do celi z małolatami, sierotami z domu dziecka, którzy zostali skazani za przynależność i propagowanie faszyzmu. Biedni chłopcy, nie znali historii i wydawało im się, że dzięki tym ponurym ideom, otoczenie ma wobec nich respekt. Być może w zamyśle więziennych wychowawców, Edek miał korzystnie oddziaływać na ich resocjalizację?
Był 8 sierpnia ‘84 roku, po dwóch latach garowania, nadszedł dzień amnestii (hurra, hurra amela!) W celi miałem już przygotowane odpowiednio pudło tekturowe, w którym trzymałam osobiste rzeczy, a w jego ścianki wkleiłem różne pamiątki: więzienne pisma, pieczątki, tzw. fajanse z chleba... itp. Dostałem też na drogę krzyż, zrobiony przez Cześka, żeby przekazać go do kościoła w Mistrzejowicach, jako wotum dziękczynne. Stoję na dyżurce, trzymam to pudło, z którego wystaje krzyż, a klawisz wskazując nań, rzuca: - Dawaj nam to!
- Nie dam, to moje!
- Dawaj mówię!
- Weźcie sobie sami - ja im na to.
- Obalili mnie w proch i pył. Wyrwali krzyż, wywalili wszystko z pudła, ale wklejonych rzeczy w jego ścianki, nie znaleźli. Rozeźlony, życzyłem rabusiom, by ten znak ludzkiej krzywdy, uwierał ich przez resztę życia.
Wyszedłem na zewnątrz, ale nie zdążyłem nawet nacieszyć oczu zielonym, zachwycającym światem, gdy nie wiadomo skąd, pojawiła się przede mną szaroniebieska gromadka milicjantów. Ich lider podchodzi do mnie i nakazuje mi wsiadać do poloneza.
- Co jest grane? pytam. Jestem zwolniony czy nie? Gdzie chcecie mnie zabrać? - pytam z
wzrastającą irytacją. Zaczynam podejrzewać, że znowu chcą mnie zamknąć, albo gdzieś uprowadzić.
- Spokojnie, jedziecie z nami, a dokąd, to się dowiecie.
- Nigdzie nie jadę! Mówiąc to stawiam pudło między nogami i przyjmuję pozycję obronną.
Poczynają mnie szarpać i popychać a tu nieoczekiwanie z boku doskakuje jakiś oficer. Przedstawia się jako porucznik Gajewski. - Panie Stanisławie, spokojnie, odwieziemy pana do domu, taki mamy rozkaz. Wsiadłem do poloneza i przez całą drogę, te kilka godzin jazdy do Krakowa milczę, ciągle niepewny, gdzie mnie naprawdę wiozą. Dopiero, gdy zobaczyłem nasz blok na nowohuckim osiedlu i stojącą na balkonie żonę, to zeszło ze mnie napięcie. Nie oglądając się za siebie, popędziłem po schodach.
Po wyjściu z więzienia kontynuowanie działalności nie było łatwe. Zawsze trzeba było zgubić „ogon” i robiłem to różnymi metodami, jak wyskakiwanie w ostatniej chwili z tramwaju czy autobusu. Byłem śledzony wszędzie, nawet gdy odwiedziłem dzieci na kolonii. Przyjechałam do Rozdziela z żoną, a typowy dla esbeków, jasny fiat 125p towarzyszył nam na każdym kroku. Nie wiem dalibóg, po co to robili? Esbecka demonstracja wszechobecności?
Spotykałem się z ludźmi z podziemia, dochowując oczywiście wszelkich zasad ostrożności.
W tym okresie, począwszy od ‘85 roku zaczęliśmy sobie uświadamiać, że kończy się czas konspiry, i czas zacząć działać jawnie - jak przedsierpniowe ruchy opozycyjne. Nie obyło się bez kolejnych, tym razem krótszych odsiadek.
Najpierw załapałem się na 3-miesięczny areszt za rzekome kierowanie manifestacją po nabożeństwie 3 - majowym na Wawelu. Wraz ze mną, za to samo i z takim samym wyrokiem wylądowali w areszcie na Czarnieckiego (obecnie siedziba krakowskiego IPN) Edek Nowak, Czesiek Talaga, Janusz Swachta ze zgniatacza i niejaki Janusz Gallewicz. Ten ostatni od samego początku wyglądał na człowieka z innego, nie naszego świata. Po kilku jego ewidentnych kłamstewkach, okazało się, że jest prowadzony przez nowohuckich esbeków. Jego zadaniem było inicjować nasze rozmowy, uważnie słuchać a następnie rejestrować ich ważniejsze elementy. Co kilka dni wychodził na tzw. widzenie z żoną, ale przypadkiem wyszło na jaw, że są to widzenia z prowadzącym go esbekiem. Po wyjściu, zaprosiliśmy miglanca na spotkanie u Cześka Talagi. Po dociśnięciu go do muru i dwóch kieliszkach brandy, przyznał się, że pracuje dla krakowskiej sb. Płacą mu za każdy miesiąc „pracy” z nami 30 tys. złotych. Kasę odbiera żona. Gallewicz miał świadomość, że w krakowskim środowisku będzie już całkowicie spalony i poprosił o wsparcie w zakupieniu biletu na prom do Szwecji. W zamian zadeklarował, że spisze dla nas wszystko, co powiedział, poda adresy kontaktowe i telefoniczne ze swoimi mocodawcami oraz... wyspowiada się przed księdzem Jancarzem. Nazajutrz dostarczył obiecaną notatkę, w której uderzała długa lista kontaktów telefonicznych z urzędem MO na Mogilskiej. Ksiądz Kazimierz zgodził się przyjąć skruszonego Gallewicza na spowiedź. Kiedy skończyli był wstrząśnięty. Domyślam się, że Gallewicz przyznał się że robił dla sb raporty z obserwacji na terenie parafii mistrzejowickiej. Po tej spowiedzi i odpowiednich notkach w pismach bezdebitowych o agencie Gallewiczu zaginął słuch. Może rzeczywiście wyemigrował, a może skrył się gdzieś w lisią jamę?
Drugi raz zamknęli mnie na krótko jesienią ‘85 roku. Odsiedziałem w sankcji za druk i rozpowszechnianie pisma satyrycznego pn. Gazeta Wyborowa, nawołującego do bojkotu wyborów do Sejmu. Jej twórcą był Jacek Fedorowicz - nasz warszawski satyryk. Zabrali mnie z domu po rewizji - podczas niej znaleźli diapozytywy do drukowania rzeczonego pisma. Prokurator, Jan Job (obecnie się przyjaźnimy!) wydał wówczas nakaz aresztowania- a moja żona zwróciła się do Krzysia Bachmińskiego o pomoc. Prokurator Jan Job okazał się byłym, szkolnym kolegą Krzysia, który - już o tym wspominałem - zakładał ongiś Solidarność w prokuraturze krakowskiej.
Prokurator odbył naradę z mec. Bachmińskim przy czym założyli, że ja tych diapozytywów nie dotykałem palcami, tylko ujmowałem je profesjonalnie, jak drukarz podziemia - otwartymi dłońmi, za brzegi. Obrońca złożył wniosek o przeprowadzenie badań daktyloskopijnych. Oczywiście moich odcisków tam nie znaleźli! To potwierdzało wersję obrony, że mianowicie przesyłka zawierająca diapozytyw została doręczona przez posłańca mojej żonie, a ja byłem wtedy w pracy i nie miałem jej nigdy w rękach. Prokurator Jan Job pofatygował się osobiście do aresztu na Monte i podpisał mi nakaz zwolnienia z sankcji. Ta odsiadka, była co prawda krótka, ale oceniam ją najgorzej ze wszystkich. Siedziałem znowu na oddziale śledczym, ale tym razem w celi z czterema łotrzykami, którzy cały czas nadawali na innych zupełnie falach, a patrzyli na mnie tak, jakby mi chcieli obić gębę. Myślę, że mogli mnie wtedy wziąć za kapusia, który pracuje dla oddziałowej sb, hahahaha!
Jest rok 1986, wychodzimy „na powierzchnię” i nie odczuwamy jakoś wzrostu represji. Naszą decyzję ogłaszamy publicznie z ambony u księdza Jancarza w Mistrzejowicach. Informujemy zebranych w dolnej kaplicy, że postanawiamy wznowić od zaraz jawną działalność w „Solidarności”, a sygnatariuszami tego oświadczenia jest nasza czwórka - Mietek Gil, Edek Nowak, Jasiek Ciesielski i ja. Odzywają się huczne brawa i entuzjastyczne okrzyki, ale na zewnątrz dochodzą do naszych uszu także i takie pomruki: - skurwiele, mało się jeszcze nachapali, znowu się pchają do więzienia… a na schodach prowadzących do kościoła ktoś nabazgrał białą farbą tak, że idący do kościoła wierni widzą: - Gil do pługa (wypomnieli mu chłopskie pochodzenie) - Handzlik do roboty! W tym czasie niedaleko Ronda Piastowskiego powstał kompleks prywatnych sklepów, a jeden z nich nazywał się Staś Market. Ktoś, dobrze poinformowany rozsiewał pogłoski, że to mój sklep, bo wzbogaciłem się na podziemiu. Z kolei, któregoś dnia Mietek Gil jechał taksówką i kierowca tak doń rzecze: - Popatrz pan na tę stację benzynową, to jest stacja Gila. A Mietek do niego: to ja jestem Gil, niech pan wpadnie kiedyś i powoła się na mnie, zatankuje pan za darmo”.
To wszystko przypomina dzisiejszy hejt w mediach społecznościowych. Były to oczywiste oszczerstwa fabrykowane przez grupę łajdaków z bezpieki. Dla mnie jedni i drudzy są siebie warci.
Oczywiście, zostałem wyrzucony z pracy w hucie. Po wyjściu z więzienia znalazłam najpierw zatrudnienie u Cześka Talagi, który miał warsztat stolarski. Uczyłem się u niego fachu i pomagałem wykonywać zamówienia do kościołów, oraz dla lokali gastronomicznych. Po jakimś czasie warsztatem zainteresowali się esbecy i podczas jednej z rewizji znaleźli w warsztatowym schowku materiały bezdebitowe KPN-u. Miał bowiem Czesiek sympatie prokapeenowskie. Esbecy przestrzegali go: - jeśli chce pan nadal spokojnie funkcjonować, to niech pan wypier…niczy tego swojego pomocnika”. I tak też się stało, ale Czesiek - znany w środowisku biznesowym, znalazł mi pracę u człowieka, który przy ulicy Heltmana w Krakowie miał wytwórnię wód gazowanych. Ten życzliwy przedsiębiorca zatrudnił mnie do malowania swojego nowo wybudowanego domu. Ustaliliśmy dobrą stawkę i przez długi czas u niego pracowałem, bo dom był bardzo rozległy. Potem malowałem ściany w domach innych ludzi. To był czas, kiedy wychodziłem do pracy, skoro świt, gdy nygusy z sb jeszcze spały. Bardziej chodziło mi o bezpieczeństwo pracodawców, niż o to, że mnie wyśledzą i odbiorą zajęcie.
W hucie istniał przez jakiś czas Społeczny Fundusz Pomocy Pracowniczej. Należało do niego około 7 tys. osób i w ramach jego statutowej działalności pracownicy zbierali pieniądze na pomoc represjonowanym, na uwolnionych z więzień i na ich rodziny. Nie były to duże sumy, ale istotne. Była oczywiście też pomoc z Kościoła. Podczas mojego pobytu w więzieniu, żona otrzymywała wsparcie z huty, a ponadto zgłaszali się do niej fachowcy, kiedy trzeba było coś naprawić.
Ta ludzka solidarność pozwalała przetrwać najtrudniejsze chwile.
wiosna, ach to ty!
26 kwietnia 1988 roku, Andrzej Szewczuwianiec ogłosił strajk na zgniataczu. Już od kilku dni chodził od stanowiska do stanowiska i rozmawiał z ludźmi o strajku. Badał atmosferę wydziału. To był taki niepokorny marzyciel, człowiek z ciekawą przeszłością. Przemawiał do ludzi tak sugestywnym językiem, że kiedy mówił o pieniądzach, słyszało się szelest banknotów. Potrafił hipnotyzować!
Tego dnia, od rana zajmowałem się naszym najmłodszym synkiem, ośmiomiesięcznym Mikołajem. Żona była w pracy, a córka i ten starszy chłopak Jakub - w szkole. Odebrałem nagle telefon od Tadzia Szczypczyńskiego, suwnicowego ze zgniatacza:
- Staszku, mamy od rana strajk na zgniataczu, upominamy się o was, przydałbyś się tutaj.
- Obiecałem, że przyjdę. Odłożyłem telefon i zdałem sobie sprawę, że mam niewiele czasu na spakowanie się, bo telefon jest na podsłuchu. Pewnie zaraz będzie tu bezpieka - Szybko pakuję torbę, Mikołaja do wózeczka i śmigam do mamy - na Skarpę. Chwilę potem docieram do huty od strony stacji pogotowia ratunkowego. Przeskakuję ogrodzenie i biegnę na zgniatacz. Wchodzę przez okno do warsztatu elektryków, a tam koledzy mówią: stoimy od rana, będziemy stać nadal. Po chwili przedstawiają mi Andrzeja Szewczuwiańca. Ściskam mu rękę i odnoszę wrażenie, że to niezły aparat. Jeszcze dziś uważam, że miał facet tzw cojones. Trzeba mieć ten atrybut, by rozpocząć strajk w HiL-u! Po tym pierwszym dniu spotkałem się na mieście z Edkiem i Jaśkiem, żeby ustalić organizację wsparcia strajku. Ustaliliśmy, że ja i Jasiek wchodzimy na hutę, a Edek organizuje ośrodek informacyjny w lokalu duszpasterstwa na Szklanych Domach. Niedługo potem przeniósł się Na Stoki, do dwupokojowego mieszkania Grześka Surdego. Bardzo szybko zaczęły się tam przewijać tłumy zachodnich korespondentów. Z kolei Mietek Gil miał na mieście nawiązywać kontakty, dlatego pojawił się na strajku dopiero po kilku dniach. Zgodnie z ustaleniami ja z Jaśkiem zmierzamy do huty, tą samą drogą, którą przybyłem wczoraj - koło pogotowia. Zbliżamy się do płotu, a tam wychyla się dwóch granatowych, ze straży przemysłowej z karabinami i wołają: - Hej panowie! czego tu szukacie?
W popłochu szukam jakiegoś wytłumaczenia i… olśniewa mnie:
- umówiliśmy się tutaj po robocie walnąć bańkę.
- a gdzie ta bańka?
- koledzy poszli kupić, a my tu czekamy....
Oni patrzą na nas wciąż podejrzliwie i proszą o dokumenty. Wyciągam szybko dowód, gdzie mam jeszcze pieczątkę, że pracuję w hucie i tam też jest napisane, że jestem ojcem trojga dzieci.
Strażnik spogląda na dowód, potem na mnie i zgorszony kręci głową:
- Oj, panie Stanisławie, dorosły chłop, ojciec trójki dzieci i jeszcze takie głupoty panu w głowie? Czuję, że za chwile nas puszczą, ale kazali nam jeszcze otworzyć torby, gdzie mieliśmy ciuchy na strajk. Tłumaczymy im, że to odzież robocza, którą niesiemy do prania. To wszystko z grubsza trzyma się kupy. Na szczęście nie przychodzi im do głowy, że oto dwaj brodaci faceci stoją pod płotem i chcą się przedostać na hutę, żeby dołączyć do strajku… Ale mogli jeszcze o nim nie wiedzieć., bo zaczął się wczoraj. Tak więc zwrócili nam dokumenty i kazali spie… sorry, zmykać!
No to pomknęliśmy żwawo do tramwaju i przeskoczyliśmy przez płot od wschodniej strony zakładu. Na zgniataczu włączyliśmy się w prace organizacyjne i dopiero po kilku dniach ujawniliśmy swoje nazwiska, by nie spalić protestu zarzutami o jego politycznej inspiracji. Jak już wspomniałem, Mietek dołączył parę dni później, a Edek z Grześkiem funkcjonowali cały czas w otoczeniu zachodnich korespondentów w biurze Na Stokach.
Muszę tutaj wspomnieć, że w lutym ‘88 roku wprowadzono po raz pierwszy od stanu wojennego znaczące podwyżki cen artykułów żywnościowych. W Inowrocławiu, przed strajkiem w hucie, wybuchł strajk pracowników tamtejszego MPK, domagających się wyższych rekompensat za podwyżki, ale trwał bardzo krótko, bo komuchy sprawnie ugasili to zarzewie solidnymi podwyżkami. Gdy 15 kwietnia hutnicy wzięli swoje wypłaty ze śmiesznie niskimi kwotami rekompensat, to się zagotowało... Kilka dni przed strajkiem Szeszczuwianiec zorganizował spotkanie z kierownictwem zakładu, na którym zażądał większych rekompensat. Później, po rozpoczęciu strajku zaczęto dorzucać hasła o przywrócenie do pracy ludzi z Solidarności. Zaś koledzy z walcowni karoseryjnej przystąpili do strajku pod warunkiem przyjęcia postulatu rozszerzającego zakres podmiotowy podwyżek na wszystkich pracowników przemysłu, służby zdrowia, nauczycieli oraz rencistów i emerytów. Szewczuwianiec, chcąc nie chcąc, podpiął te postulaty. Jednak nie krył się z tym, że czyni to bez entuzjazmu.
chleb + wolność
W czasie pochodów na terenie huty z okazji 1 i 3 Maja, wymyśliliśmy z Jaśkiem, że wiodącym hasłem pochodu może być: - „Chcemy chleba i wolności”, to nawiązywało do haseł poznańskiego czerwca i gdańskiego grudnia. - Hasło proste i obejmujące wszystko o co walczyliśmy. W naszym pochodzie szło kilkaset osób. Śpiewaliśmy różne pieśni: patriotyczne, powstańcze, religijne. Przebojem pochodu stała się pieśń zaczynająca się od słów; „wolności pragniemy, wolności nam brak, by wolność nas niosła, jak niesie się ptak” wykonana czystym, donośnym głosem przez Julka Gąsiora z wydziału mechanicznego.
Pojawiły się też pierwsze, nieśmiałe hasła o przywrócenie Solidarności. Podczas przemarszu pochodu, nasze pieśni i hasła były zagłuszane przez zakładowe kołchoźniki, transmitujące warszawski pochód z udziałem Jaruzelskiego. Nigdy się nie dowiedziałem, kto kręcił wtedy gałkami zakładowego radiowęzła. Może to i dobrze, bo skopałbym mu dupę. Pod główną bramą główną zgromadził się tłum naszych sympatyków, dziennikarzy i rodzin. Mamy film z tego pochodu. Kręcili go koledzy z Niezależnej TV - Augustynek i Jaskowski.
Trzy wydziały były filarami protestu: walcownie zgniatacz, karoseryjna oraz wydz. mechaniczny. Niektóre inne wydziały deklarowały poparcie, ale co najwyżej ogłaszały gotowość strajkową. W strajku wiosennym uczestniczyło nie więcej niż 3 tysiące osób.
4 maja przybyli do nas delegowani przez Episkopat: Jan Olszewski, Andrzej Stelmachowski i Halina Bortnowska. Mieli być mediatorami między strajkującymi a dyrekcją. Tu muszę wtrącić, że o ile w 1980 roku - wysoki funkcjonariusz pzpr, dyrektor Pustówka był postrzegany przez nas jako polityczny przeciwnik, to z czasem zauważalna była pozytywna metamorfoza ludzi z jego otoczenia i jego samego. I to nie tylko moja opinia...
Na jednym z ostatnich posiedzeń komitetu strajkowego, zastanawialiśmy się jaką przyjąć taktykę, jeśli huta zostanie poddana przemocowym działaniom służb. Mietek Gil apelował i uzasadniał konieczność obrony naszych miejsc pracy. Myślałem zupełnie inaczej, co dobitnie oświadczyłem:
- Panowie, nie dam się tutaj sprać, bo miejsce pracy w hucie nie jest moją własnością! To huta socjalistyczna, ani moja ani wasza, tylko tych uzurpatorów z Warszawy, a my jesteśmy tu jedynie najemnikami. Jeśli ktoś przychodzi tutaj, żeby ci wp…..ć, czy nawet zabić, to ratuj się i spieprzaj bracie, bo to jest twoje przyrodzone prawo. Obrona naszego miejsca pracy to ideologiczny bełkot!
- Mietek się chyba zreflektował i nie podjął polemiki, a ludzie zaczęli się przekrzykiwać jeden przez drugiego: - tak, tak, uciekajmy i nie dajmy się bić! W tym momencie w sposób niezamierzony i spontaniczny narodziła się idea strajku absencyjnego. Postanowiliśmy, że będziemy uzależniać powrót do pracy od wycofania z zakładu obcych.
Minęła północ, jest już 5 maja - Dzień Hutnika. Rozłożyłem na stole karimatę i śpiwór. Jeszcze nie zdążyłem się rozebrać, gdy nagle gaśnie światło i słyszę jakieś ochrypły krzyk: „spierdalajmy spierdalajmy”! To Jasiek, zobaczył, zajeżdżające pod bramę samochody i wysypało się z nich mrowie odzianych na czarno postaci. - Antyterroryści! Wtargnęli na halę w huku petard. Nagle stało się coś nieoczekiwanego: - nigdy nie czyszczone konstrukcje hali zgniatacza, na których latami osiadał pył technologiczny, zaczęły wskutek wybuchów strząsać czarną sadzę w dół, na halę. Ogarnęła nas totalna ciemność i zaczęła się młocka na oślep. Jasiek ścigał się z kimś po samotoku WCK, ale nawet nie wie, kto wygrał. On sam skrył się w piwnicy smarowniczej. Napastnicy i ofiary zderzają się ze sobą, nawet własnej dłoni nie można było dostrzec. Idę po omacku, ale znam ten wydział jak własną kieszeń, posuwam się wolno trasą, którą zwykle wychodziłem z odprawy przedzmianowej. Po jakimś czasie sadza osiada na tyle, że widzę w górze sylwetkę księdza Tadzia Zaleskiego wspinającego się po drabinie - ku suwnicy. Trafiam na drzwi zewnętrzne południowej ściany hali i wychodzę na zewnątrz.
Jest chłodna, majowa noc. Drogą wewnętrzną, kilkanaście metrów ode nadjeżdża kolumna samochodów. Cholera! to oddział wsparcia milicji. Pogasili światła i stoją. Między nimi a halą jest pas zieleni z krzewami kwitnącej forsycji. Co teraz zrobić? Na halę nie wrócę, bo tam czeka mnie łomot, a gdy wyjdę na drogę, to zaraz mnie zgarną. Tę sytuację określano w tamtym czasie dosadnie, jako wybór pomiędzy szankrem a syfilisem W końcu kładę się pod gęstymi krzewami i bezwiednie, jak osaczone zwierzę, zaczynam grzebać pod sobą dół. Ziemia jest miękka, zmieszana z zeschłymi liśćmi. Wygrzebałem wgłębienie na moją długość i przysypuję się ziemią a twarz nakryłem kawałkiem pordzewiałej blachy Trzęsę się z zimna, ale muszę to jakoś przetrzymać. Przecież oni w końcu odjadą, byle tylko nie przychodzili tu za potrzebą… Tak przedrzemałem do rana. Nie słyszałem odjeżdżających, ale kiedy zobaczyłem przed sobą pustą drogę, otrzepałem się i podszedłem do miejsca, gdzie zorganizowano „wodopój pod chmurką.” Rozdawano tam napoje przyjezdnej ekipie remontowej. Piłem długo, żeby wypłukać z gardła kurz. - Pójdę na wschód - pomyślałem znanym schematem, tam musi być jakaś cywilizacja. Jakiś czas trwało nim dowlokłem się do wschodniej ściany kombinatu. Tuż przy betonowym ogrodzeniu rosła czereśnia. Kwitła jak szalona, toteż usiadłem w jej rozłożystych konarach. Odpoczywałem w chmurze białego kwiecia, brzęczących owadów, pod błękitnym niebem. Z piekła do raju - pomyślałem jeszcze i usnąłem na kilka godzin. Późnym popołudniem zeskoczyłem na zewnątrz i dotarłem do przystanku autobusowego. Hurra! Cywilizacja!
Na Os. Tysiąclecia w knajpie Magnolia zamówiłem ziemniaki z kapustą i siekanym kotletem. Pojechałem potem do mieszkania Owieczki - taką ksywkę nosiła Dzidka Zalewska, właścicielka lokalu kontaktowego przy Rondzie Młyńskim. Kiedy gospodyni otworzyła drzwi, dostrzegłem w głębi Jaśka. Okazało się, że jesteśmy tylko dwoma ocalałymi z pogromu, bo Mietka aresztowali na hali zgniatacza, Edka wygarnęli z centrum informacyjnego Na Stokach. Grzesiowi Surdemu chwilowo odpuścili, bo miał nogę w gipsie. Wielu robotników zostało aresztowanych i większość dostała sankcje. Napisaliśmy z Jaśkiem odezwę o wszczęciu strajku absencyjnego. Będziemy go kontynuować do chwili uwolnienia wszystkich aresztowanych. Strajkujący będą się spotykać w kościele, by się policzyć… Tam, z funduszu powstałego staraniem L.Wałęsy i Z. Romaszewskiego wypłacano strajkującym zasiłki za utracone dniówki. Należy dodać dla porządku, że ów fundusz powstał z pieniędzy przekazanych Solidarności przez Lane Kerklanda - lidera amerykańskiej centrali związków zawodowych AFL CIO.
Ksiądz K. Jancarz założył w kościele mistrzejowickim Wikariat Solidarności, bo na wieść o masakrze w hucie, przychodziły z wielu stron świata dowody sympatii. I trzeba podkreślić, że nie tylko werbalnej!
Prowadziliśmy strajk absencyjny do 17 maja. Wtedy do Krakowa przyjechał gen. Kiszczak i podczas spotkania z kardynałem F. Macharskim zgodził się uwolnić wszystkich zatrzymanych pracowników huty i nie stosować wobec nich żadnych sankcji. Spotkaliśmy się wtedy w pełnym składzie komitetu strajkowego i ogłosiliśmy koniec protestu z dniem dzisiejszym. Jednocześnie przekształciliśmy komitet strajkowy w Komitet Organizacyjny NSZZ Solidarność uznając, że będzie on działał w formule jawnej, do czasu reaktywowania pełni praw Solidarności.
Co prawda ogłosiliśmy zakończenie strajku, ale nie przerwaliśmy naszych działań organizacyjnych. W hucie, na umocowanych przez naszych ludzi tablicach informacyjnych zaczęto umieszczać sygnowane przez nasz Komitet Organizacyjny wiadomości, w tym apele o tworzenie wydziałowych komitetów organizacyjnych. Ich zadaniem ma być działanie na rzecz przywrócenia Solidarności. Ja i moi przyjaciele z pierwszej Solidarności mieliśmy tzw deja vu - wrażenie że to już kiedyś było. Tym razem jednak, nie uderzał ten entuzjazm, jaki był jesienią ‘80 roku.
Byłem jednym ze zwolenników porozumienia Okrągłego Stołu. Dla mnie stało się ono oczekiwanym i logicznym zwieńczeniem tej niezwykłej, polsko - polskiej wojny.
Stanisław Handzlik
W Krakowie, 24 maja ‘26 roku



